wtorek, 18 lipca 2017

Jane Austen 1775-1817

200 lat temu zmarła Jane Austen.

Urodziła się 16 grudnia w 1775 r. w Steventon. Jej ojcem był duchowny kościoła anglikańskiego Georg Austen, matką Cassandra Austen z domu Leigh. Miała sześciu braci i jedną siostrę. Jane nigdy nie wyszła za mąż. 


Pokolorowany portret  Jane Austen, 1873 r.
Zdjęcie za wikipedia.org

W 1811 r. ukazała się anonimowo jej pierwsza powieść "Rozważna i romantyczna". Następne ukazywały się w rocznych odstępach: "Duma i uprzedzenie" w 1813 r., "Mansfield Park" w 1814 r., "Emma" w 1815 r., "Opactwo Northanger" i "Perswazje" ukazały się już po śmierci autorki w 1817 r. (już pod prawdziwym nazwiskiem autorki). Pozostały po Jane dwie nieukończone powieści ("Watsonowie" i "Sanditon") oraz około 30 krótszych prac.


Dom Jane Austen w Chawton, obecnie muzeum jej poświęcone.
Zdjęcie za wikipedia.org

Jane zmarła 18 lipca 1817 r. w wieku 41 lat. Przyczyna śmierci do dzisiaj nie jest znana.
Wszystkie jej powieści zostały sfilmowane 27 razy (w tym 1 serial telewizyjny).
Niektóre powieści Jane mają liczne kontynuacje napisane m.in. przez Julię Barret, Joan Austen-Leigh (cioteczna prawnuczka Jane Austen), Emmę Tennant, Joan Aiken.

Zdjęcie ze strony independent.co.uk

W katedrze w Winchesterze, w miejscu pochówku Austen, 18 lipca 2017 r. został pokazany banknot 10-funtowy z jej podobizną. Jesienią tego roku będzie dostępny w brytyjskich bankomatach.

wtorek, 11 lipca 2017

Trudny wybór - Skolimów czy Bielany?

Nastał czas urlopów... decyzji, pakowania, wyjazdu. Jedni jadą daleko, inni bliżej. Niestety część z nas musi zostać w miejskich murach. Ale na weekend można przecież wypaść gdzieś za miasto. Zawsze się tam coś dzieje. Gdzie? Trudny wybór... Ale to nic nowego, kiedyś też nie było łatwo..

Jest maj 1928 roku. Zajrzyjmy do warszawskiego mieszkania państwa Biedulskich i posłuchajmy ich rozmowy...

MAJÓWKA

Spadło to na Biedulskiego jak piorun z nieba, bo małżonka całkiem nieoczekiwanie zawołała:

– W niedzielę musimy się wybrać na majówkę! 
– Dlaczego? – zapytał zdumiony. 
– Po pierwsze przypadają Zielone Świątki, po drugie wszyscy nasi znajomi już byli poza 
miastem, tylko my...
– Tak ci pilno? 
– Więc kiedyż się mam wybrać? Może w listopadzie? Od tego jest przecież maj... 
– Chciałabyś pewno z dziećmi? – zapytał pełen lęku. 
– A jak myślałeś? Chyba dzieciom przede wszystkim taka majówka dobrze zrobi? 
– Więc dokąd?


Pasażerowie oczekujący na odjazd statku na Bielany
 przed przystanią "Vistula".  Maj 1932 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

– Najlepiej statkiem na Bielany.
– Co? – zawołał przerażony Biedulski. – Statek, tłok, woda, dzieci!... Ani mowy o tym! Chyba po moim trupie!
– Czemu?
– Nie chcę w takim tłoku szukać guza. Gdybyśmy byli sami, to jeszcze, ale z dziećmi... Przenigdy!
– W takim razie do Młocin – zaproponowała mu Biedulska. 
– Nie wspominaj mi o wodzie! – ryknął, wytrącony z równowagi.

– To może by kolejką?... Konstancin, Skolimów... Wszędzie teraz tak ładnie...
– Dziękuję uprzejmie... W zeszłym tygodniu był na takiej wycieczce nasz referent z żoną... Powrotną drogę do Warszawy przebył na przetłoczonej galeryjce wagonu, trzymając się kurczowo ręką daszka. Nazajutrz nie mógł piórem ruszyć...



– To pojedziemy do Jabłonny.
– W niedzielę, podczas takiej wycieczki, ledwo uszła z życiem nasza maszynistka biurowa.
– A co się stało?
– Szczęśliwie zdobyła siedzące miejsce, ale radość jej trwała krótko. Mimo protestów ktoś postawił na niej kuferek, na którym ulokowało się czworo dzieci. Możesz sobie wyobrazić...
– Już wyobrażam... To wybierzemy się koleją w kierunku Otwocka.
– Co??? Niedawno któryś z naszych kolegów został tam w tłoku doszczętnie okradziony. Nie czuł nawet, jak mu wycięto kieszeń.
– Więc podług ciebie nigdzie nie można jechać? Powinniśmy zrezygnować z majówki?
– Nie dziecko drogie... Ale jeśli ci tak na tym zależy, to zostaw mi trzy dni czasu.
– Na co?
– Abym się mógł dobrze zastanowić, która z tych wycieczek będzie mi się kalkulowała najprzystępniej pod względem utrapienia.

Aramis

"Kurier Warszawski" nr 144 z 25 maja 1928 r., s.6

wtorek, 4 lipca 2017

"La peste" - minęło 70 lat

10 czerwca 1947 r. - 70 lat temu - w francuskim wydawnictwie Gallimard ukazała się powieść "La peste" autorstwa Alberta Camus. Książka należąca do kanonu literatury XX wieku.


Na poziomie realistycznym opowiada ona o epidemii dżumy w mieście Oran, w Algierii, będącej wówczas kolonią francuską. Jest to powieść o ekspansji zła i różnych postawach ludzkich, powieścią paraboliczną, posługującą się uogólnieniem, schematyczną fabułą do przedstawienia zagadnień szerszych, doniosłych, aktualnych w każdej epoce.


Camus został Laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1957 r. W tym samym roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym ukazało się pierwsze polskie wydanie "Dżumy" w świetnym tłumaczeniu Joanny Guze.

wtorek, 27 czerwca 2017

Tytuń

W publikacji "Kalendarz o sztuce palenia traktujący" z 1938 roku wydanym w Krakowie przez firmę zwijek i bibułek Stanisława Wołoszyńskiego HERBEWO (HER-liczka BE-łdowski WO-łoszyński) znajdujemy przepiękne teksty  i ilustracje.
Przykładowo pokazuję ilustrację i tekst z miesiąca kwietnia:



Niżej przedstawiam jeden z produktów firmy HERBEWO - zwijki "Morwitan".


wtorek, 20 czerwca 2017

Konrad Meklenburg

Czynię sobie wyrzuty, że w zeszłym roku umknęła mi ważna rocznica związana ze Skolimowem. Minęła wtedy setna rocznica śmierci postaci wielce zasłużonej dla społeczności tego letniska oraz pobliskich Chylic.  

   Konrad Meklenburg, syn Franciszka i Henryki z Wegnerów, urodził się w 1845 r. W 1874 r. wziął ślub w parafii Wszystkich Świętych w Warszawie z Amalią Marią Katarzyną Ręczlerską, urodzoną w 1857 r., córką Ludwika Juliusza i Marii Daybel von Hamerau. Konrad, powstaniec styczniowy, radca dworu, zmarł 13 czerwca 1916 r., rok później zmarła jego żona (31 marca 1917 r.). Mieli trzech synów i jedną córkę. Ich najstarszy syn, także Konrad, adwokat, urodzony 15 marca 1875 r. został zamordowany we własnym mieszkaniu 1 sierpnia 1923 r.


 
Tak o Meklenburgu pisał "Świat" (nr 28 z 8 lipca 1916 r.) Stefana Krzywoszewskiego (mieszkańca willi "Mucha" w Skolimowie):

W zmarłym w dniu 13 czerwca r. b. społeczeństwo nasze straciło jednostkę wybitną. Pełen energii i żądzy czynu już jako 18-letni młodzieniec walczy w powstaniu, raniony, internowany przez Austriaków w König[g]raetz (Karolew hrad)[1] na Morawach, po powrocie do kraju za łagodnych rządów Albedyńskiego[2], piastuje urząd członka Warszawskiej Komory Celnej. Po nastaniu prądów rusyfikacyjnych ustępuje, by już niepodzielnie poświęcić się pracy społecznej. Nie żałując sił czasu i materialnych środków, jako prezes Towarzystwa Przyjaciół Skolimowa i Chylic i, następnie, Komitetu Budowy Kościoła w Skolimowie doprowadza mimo przeszkód i podeszłego wieku do pomyślnego końca wszystkie zamierzenia, które podniosły te ulubione dziś letnisko do obecnego kwitnącego stanu. Jako wieloletni członek z wyboru różnych komisji podatkowych, rządowych i miejskich, członek zarządu Tow[arzystwa] Właścicieli Nieruchomości m[iasta stołecznego] Warszawy i in. przez specjalną znajomość i doświadczenie w kwestiach podatkowo-finansowych i niezmordowaną, bezinteresowną pracę położył niezapomniane zasługi dla dobra tych instytucji. Człowiek wysokiej kultury i zalet towarzyskich zgoła wyjątkowych, miał tylko przyjaciół i pozostawia ogólny żal po sobie.


Grób rodziny Meklenburgów na warszawskim Cmentarzu Stare Powązki.
Zdjęcia za: cmentarze.um.warszawa.pl


[1] Dzisiaj Hradec Králové 
[2] Piotr Pawłowicz Albedyński (1826-1883) generał-gubernator warszawski i dowódca wojsk Warszawskiego Okręgu Wojskowego w latach 1880-1883. 

wtorek, 13 czerwca 2017

Jak to z konstancińskim parkiem zdrojowym było...

Lubię przeglądać starą prasę. Szczególnie pisma ilustrowane z przełomu XIX i XX wieku. Kopalnia wiedzy. Nie wspominając już o przepięknych ilustracjach. Zagłębiając się w ich roczniki, znalazłem taki to oto tekst ["Wędrowiec" z 1899 r. nr 23]:


Bardzo niemile dotknęła przed rokiem, nie tylko ogrodników i budowniczych naszych, którym odebrano sposobność i zarobku i wykazania, uzdolnienia, ale również ogół cały; wiadomość, że hrabiowie Skórzewski i Potulicki, przystępując do urządzenia zakładu klimatycznego w bliskości Warszawy, w Oborach, prace wykonawcze powierzyli ludziom obcym -- Niemcom. Czyżbyśmy nie mieli wśród nas fachowców, którzy by równie dobrze umieli wywiązywać [się] z zadania?
   Na pytania, w ten sposób zadawane, nie odpowiadano wcale, więc też czekaliśmy cierpliwie na ową chwilę, gdy daną nam będzie możność podziwiania owych "cudów-niewidów". Jako argument bardzo silny przytaczali ci, którzy nie widzieli w sprowadzaniu kierowników i majstrów obcych nic złego, słynną niesłowność naszych ogrodników, budowniczych i rzemieślników. "Nasi partaczyliby Bóg wie, jak długo tamci zrobią na pewno wszystko w terminie, oznaczonym z góry" -- mówiono nie bez pewnej racji. 


   Tymczasem minął rok, skorzystałem z pierwszego pięknego dnia słonecznego i wyruszyłem kolejką wilanowską do Obór, ażeby na własne oczy obejrzeć roboty już wykonane. Przyznaję, że nie zachwyciłem się bynajmniej. Do zupełnego ukończenia bardzo jeszcze daleko, ale już z tego, co jest, przebija kilka kardynalnych błędów. Przede wszystkim uderza w Oborach zupełny brak ładnych widoków, co w sąsiednim Skolimowie znajduje się na każdym niemal kroku. Panowie Niemcy porobili dalej uliczki nadzwyczaj wąskie, dobre w ogrodzie, ale nie w parku, mającym służyć dla publiczności, która tłumnie się ma tutaj przechadzać. Ostre kanty przy trawnikach także niemile rażą oko, nasi ogrodnicy starają się wdzięcznie wygładzać właśnie te ścięcia ku uliczkom i to wygląda daleko lepiej. Nasi ogrodnicy kierują się dalej zasadą, że drzewa powinny być urozmaicone, tymczasem niemieccy drzewa te zasadzają partiami, kiedy więc dali klony, to już te klony same tylko znajdują się na pewnej przestrzeni itp. Słowem, znać w Oborach, albo raczej w Konstancinie (taką bowiem nazwę nosi dworzec kolejowy, dość gustowny), robotę, sztukę, i jestem pewny, że gdyby nasi ogrodnicy zajęliby się byli tą sprawą, przede wszystkim w obszernych i pięknych dobrach wybraliby inne miejsce, tu bowiem bardzo mało jest wody, skutkiem czego całość razi monotonią.


   Nie jestem fachowcem, nie mogę też sobie rościć pretensji do wypowiadania "ostatniego słowa", uważałbym jednak za bardzo pożyteczne, gdyby Towarzystwo ogrodnicze urządziło wycieczkę, do tej nowej miejscowości klimatycznej. W każdym razie włożono tu setki rubli, a dla ludzi fachowych wielka nadarza się sposobność do obserwacji i uwag. Warto także porównać park oborski z tworzącym się parkiem w Skolimowie; tam Niemcy, tu pan Chrząński [1], tam krocie, tu skromne tysiące, a jednak tzw. deptak skolimowski ma zarys bardzo gustowny.
   Jedno trzeba przyznać inicjatorom, pp. hr. Skórzewskiemu i Potulickiemu, a mianowicie to, że rzutkością swoją sprawili, iż okolica od Jeziorny do Piaseczna podniosła się ogromnie, i kto wie, czy za lat kilka cały świat elegancki Warszawy nie będzie na lato wyruszał w te strony. A wówczas?
   Wówczas, jak dowcipnie wyraził się siedzący obok mnie wybitny przedstawiciel naszego kleru, na skręcie ku Oborom, Jeziornie, Skolimowie stanąć powinien pomnik z napisem: "Milionerzy Hussowi" [2]. Dzielny ten bowiem inżynier bez funduszów pokazał, jaką potęgą są kolejki podmiejskie, wąskotorowe. Sam upadł, ale kolejka pozostała i wzmogła bogactwo krajowe.


   Cytując fragment powyższego tekstu z "Wędrowca" redakcja "Ogrodnika Polskiego"  [nr 17 z 1899 r., s. 401] pyta: Czy takie niedowierzanie własnym siłom długo jeszcze trwać będzie?


[1] Teodor Chrząński, ogrodnik planista z Warszawy. Uczył się w Szkole Ogrodniczej przy Ogrodzie Pomologicznym. Studiował we Francji (m.in. pracował w ogrodach wersalskich). Twórca wielu założeń ogrodowo-parkowych w Łodzi. Wspólnie z Walerianem Kronenbergiem zakładał parki i ogrody w Królestwie Polskim. Członek Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego, w latach 1895-1899 jego sekretarz.
[2] Budowniczy carskich kolei żelaznych inżynier Henryk Huss (1838-1915), jeden z trzech założycieli kolejki wilanowskiej  w 1891 r.

wtorek, 6 czerwca 2017

"Zabicie Wapowskiego" Jana Matejki

Obraz "Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego" został namalowany w 1861 r. przez Jana Matejkę. Wystawiony został w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Następnie znalazł się w warszawskiej Zachęcie. Zakupił go Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych – książę Władysław Sanguszko (za 800 florenów). Publicznie prezentowany był dwukrotnie. Pierwszym razem w 1883 r. na wystawie jubileuszowej Jana Matejki na Wawelu oraz w 1894 r. we Lwowie w Pawilonie Matejki w trakcie Powszechnej Wystawy Krajowej. Do 1903 r. był w posiadaniu rodziny Sanguszków. Od 1937 r. obraz uważany był za zaginiony. Odnalazł się w 2012 r. w Ameryce Południowej (znalazł się tam prawdopodobnie w wyniku II wojny światowej). Sprowadzono go do Polski dzięki Salonowi Dzieł Sztuki Connaisseur. Pokazano go na Zamku Wawelskim, a następnie znalazł się w depozycie Muzeum Śląskiego w Katowicach.

Jan Matejko, 1862 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

W 1574 r. w trakcie uroczystości koronacyjnych Henryka Walezego na Wawelu odbył się turniej. W trakcie jego trwania kopię zatkniętą przez Samuela Zborowskiego podjął dworzanin Jana Tęczyńskiego. Zborowski uznał to za obrazę tak dużą (byle pachołek nie będzie dotykał kopii wysoko urodzonego), że zaatakował Tęczyńskiego śmiertelnie raniąc czekanem Andrzeja Wapowskiego usiłującego zapobiec awanturze. 

Jan Matejko, Zabicie Wapowskiego, 1861 r.
Zdjęcie za pl.wikipedia.org

Obraz przedstawia moment, w którym śmiertelnie rannego Wapowskiego przyniesiono przed oblicze króla. Na pierwszym planie widać grupę z rannym Andrzejem Wapowskim. Po prawej tyłem stoi sprawca Samuel Zborowski z czekanem w dłoni. W centrum widać Jana Tęczyńskiego, proszącego króla o sprawiedliwy wyrok. (Samuel Zborowski, mimo że była to sprawa gardłowa, został skazany tylko na banicję)


Obraz olejny na płótnie ma wymiary 132 × 101 cm. 8 czerwca 2017 r. został  wylicytowany w Domu Aukcyjnym DESA Unicum w Warszawie za 3,7 mln złotych (cena wywoławcza 2,3 mln złotych).

Być może na jego kolejną publiczną prezentację będzie trzeba poczekać... znów kilkadziesiąt lat.