wtorek, 18 lipca 2017

Jane Austen 1775-1817

200 lat temu zmarła Jane Austen.

Urodziła się 16 grudnia w 1775 r. w Steventon. Jej ojcem był duchowny kościoła anglikańskiego Georg Austen, matką Cassandra Austen z domu Leigh. Miała sześciu braci i jedną siostrę. Jane nigdy nie wyszła za mąż. 


Pokolorowany portret  Jane Austen, 1873 r.
Zdjęcie za wikipedia.org

W 1811 r. ukazała się anonimowo jej pierwsza powieść "Rozważna i romantyczna". Następne ukazywały się w rocznych odstępach: "Duma i uprzedzenie" w 1813 r., "Mansfield Park" w 1814 r., "Emma" w 1815 r., "Opactwo Northanger" i "Perswazje" ukazały się już po śmierci autorki w 1817 r. (już pod prawdziwym nazwiskiem autorki). Pozostały po Jane dwie nieukończone powieści ("Watsonowie" i "Sanditon") oraz około 30 krótszych prac.


Dom Jane Austen w Chawton, obecnie muzeum jej poświęcone.
Zdjęcie za wikipedia.org

Jane zmarła 18 lipca 1817 r. w wieku 41 lat. Przyczyna śmierci do dzisiaj nie jest znana.
Wszystkie jej powieści zostały sfilmowane 27 razy (w tym 1 serial telewizyjny).
Niektóre powieści Jane mają liczne kontynuacje napisane m.in. przez Julię Barret, Joan Austen-Leigh (cioteczna prawnuczka Jane Austen), Emmę Tennant, Joan Aiken.

Zdjęcie ze strony independent.co.uk

W katedrze w Winchesterze, w miejscu pochówku Austen, 18 lipca 2017 r. został pokazany banknot 10-funtowy z jej podobizną. Jesienią tego roku będzie dostępny w brytyjskich bankomatach.

wtorek, 11 lipca 2017

Trudny wybór - Skolimów czy Bielany?

Nastał czas urlopów... decyzji, pakowania, wyjazdu. Jedni jadą daleko, inni bliżej. Niestety część z nas musi zostać w miejskich murach. Ale na weekend można przecież wypaść gdzieś za miasto. Zawsze się tam coś dzieje. Gdzie? Trudny wybór... Ale to nic nowego, kiedyś też nie było łatwo..

Jest maj 1928 roku. Zajrzyjmy do warszawskiego mieszkania państwa Biedulskich i posłuchajmy ich rozmowy...

MAJÓWKA

Spadło to na Biedulskiego jak piorun z nieba, bo małżonka całkiem nieoczekiwanie zawołała:

– W niedzielę musimy się wybrać na majówkę! 
– Dlaczego? – zapytał zdumiony. 
– Po pierwsze przypadają Zielone Świątki, po drugie wszyscy nasi znajomi już byli poza 
miastem, tylko my...
– Tak ci pilno? 
– Więc kiedyż się mam wybrać? Może w listopadzie? Od tego jest przecież maj... 
– Chciałabyś pewno z dziećmi? – zapytał pełen lęku. 
– A jak myślałeś? Chyba dzieciom przede wszystkim taka majówka dobrze zrobi? 
– Więc dokąd?


Pasażerowie oczekujący na odjazd statku na Bielany
 przed przystanią "Vistula".  Maj 1932 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

– Najlepiej statkiem na Bielany.
– Co? – zawołał przerażony Biedulski. – Statek, tłok, woda, dzieci!... Ani mowy o tym! Chyba po moim trupie!
– Czemu?
– Nie chcę w takim tłoku szukać guza. Gdybyśmy byli sami, to jeszcze, ale z dziećmi... Przenigdy!
– W takim razie do Młocin – zaproponowała mu Biedulska. 
– Nie wspominaj mi o wodzie! – ryknął, wytrącony z równowagi.

– To może by kolejką?... Konstancin, Skolimów... Wszędzie teraz tak ładnie...
– Dziękuję uprzejmie... W zeszłym tygodniu był na takiej wycieczce nasz referent z żoną... Powrotną drogę do Warszawy przebył na przetłoczonej galeryjce wagonu, trzymając się kurczowo ręką daszka. Nazajutrz nie mógł piórem ruszyć...



– To pojedziemy do Jabłonny.
– W niedzielę, podczas takiej wycieczki, ledwo uszła z życiem nasza maszynistka biurowa.
– A co się stało?
– Szczęśliwie zdobyła siedzące miejsce, ale radość jej trwała krótko. Mimo protestów ktoś postawił na niej kuferek, na którym ulokowało się czworo dzieci. Możesz sobie wyobrazić...
– Już wyobrażam... To wybierzemy się koleją w kierunku Otwocka.
– Co??? Niedawno któryś z naszych kolegów został tam w tłoku doszczętnie okradziony. Nie czuł nawet, jak mu wycięto kieszeń.
– Więc podług ciebie nigdzie nie można jechać? Powinniśmy zrezygnować z majówki?
– Nie dziecko drogie... Ale jeśli ci tak na tym zależy, to zostaw mi trzy dni czasu.
– Na co?
– Abym się mógł dobrze zastanowić, która z tych wycieczek będzie mi się kalkulowała najprzystępniej pod względem utrapienia.

Aramis

"Kurier Warszawski" nr 144 z 25 maja 1928 r., s.6

wtorek, 4 lipca 2017

"La peste" - minęło 70 lat

10 czerwca 1947 r. - 70 lat temu - w francuskim wydawnictwie Gallimard ukazała się powieść "La peste" autorstwa Alberta Camus. Książka należąca do kanonu literatury XX wieku.


Na poziomie realistycznym opowiada ona o epidemii dżumy w mieście Oran, w Algierii, będącej wówczas kolonią francuską. Jest to powieść o ekspansji zła i różnych postawach ludzkich, powieścią paraboliczną, posługującą się uogólnieniem, schematyczną fabułą do przedstawienia zagadnień szerszych, doniosłych, aktualnych w każdej epoce.


Camus został Laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1957 r. W tym samym roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym ukazało się pierwsze polskie wydanie "Dżumy" w świetnym tłumaczeniu Joanny Guze.

wtorek, 27 czerwca 2017

Tytuń

W publikacji "Kalendarz o sztuce palenia traktujący" z 1938 roku wydanym w Krakowie przez firmę zwijek i bibułek Stanisława Wołoszyńskiego HERBEWO (HER-liczka BE-łdowski WO-łoszyński) znajdujemy przepiękne teksty  i ilustracje.
Przykładowo pokazuję ilustrację i tekst z miesiąca kwietnia:



Niżej przedstawiam jeden z produktów firmy HERBEWO - zwijki "Morwitan".


wtorek, 20 czerwca 2017

Konrad Meklenburg

Czynię sobie wyrzuty, że w zeszłym roku umknęła mi ważna rocznica związana ze Skolimowem. Minęła wtedy setna rocznica śmierci postaci wielce zasłużonej dla społeczności tego letniska oraz pobliskich Chylic.  

   Konrad Meklenburg, syn Franciszka i Henryki z Wegnerów, urodził się w 1845 r. W 1874 r. wziął ślub w parafii Wszystkich Świętych w Warszawie z Amalią Marią Katarzyną Ręczlerską, urodzoną w 1857 r., córką Ludwika Juliusza i Marii Daybel von Hamerau. Konrad, powstaniec styczniowy, radca dworu, zmarł 13 czerwca 1916 r., rok później zmarła jego żona (31 marca 1917 r.). Mieli trzech synów i jedną córkę. Ich najstarszy syn, także Konrad, adwokat, urodzony 15 marca 1875 r. został zamordowany we własnym mieszkaniu 1 sierpnia 1923 r.


 
Tak o Meklenburgu pisał "Świat" (nr 28 z 8 lipca 1916 r.) Stefana Krzywoszewskiego (mieszkańca willi "Mucha" w Skolimowie):

W zmarłym w dniu 13 czerwca r. b. społeczeństwo nasze straciło jednostkę wybitną. Pełen energii i żądzy czynu już jako 18-letni młodzieniec walczy w powstaniu, raniony, internowany przez Austriaków w König[g]raetz (Karolew hrad)[1] na Morawach, po powrocie do kraju za łagodnych rządów Albedyńskiego[2], piastuje urząd członka Warszawskiej Komory Celnej. Po nastaniu prądów rusyfikacyjnych ustępuje, by już niepodzielnie poświęcić się pracy społecznej. Nie żałując sił czasu i materialnych środków, jako prezes Towarzystwa Przyjaciół Skolimowa i Chylic i, następnie, Komitetu Budowy Kościoła w Skolimowie doprowadza mimo przeszkód i podeszłego wieku do pomyślnego końca wszystkie zamierzenia, które podniosły te ulubione dziś letnisko do obecnego kwitnącego stanu. Jako wieloletni członek z wyboru różnych komisji podatkowych, rządowych i miejskich, członek zarządu Tow[arzystwa] Właścicieli Nieruchomości m[iasta stołecznego] Warszawy i in. przez specjalną znajomość i doświadczenie w kwestiach podatkowo-finansowych i niezmordowaną, bezinteresowną pracę położył niezapomniane zasługi dla dobra tych instytucji. Człowiek wysokiej kultury i zalet towarzyskich zgoła wyjątkowych, miał tylko przyjaciół i pozostawia ogólny żal po sobie.


Grób rodziny Meklenburgów na warszawskim Cmentarzu Stare Powązki.
Zdjęcia za: cmentarze.um.warszawa.pl


[1] Dzisiaj Hradec Králové 
[2] Piotr Pawłowicz Albedyński (1826-1883) generał-gubernator warszawski i dowódca wojsk Warszawskiego Okręgu Wojskowego w latach 1880-1883. 

wtorek, 13 czerwca 2017

Jak to z konstancińskim parkiem zdrojowym było...

Lubię przeglądać starą prasę. Szczególnie pisma ilustrowane z przełomu XIX i XX wieku. Kopalnia wiedzy. Nie wspominając już o przepięknych ilustracjach. Zagłębiając się w ich roczniki, znalazłem taki to oto tekst ["Wędrowiec" z 1899 r. nr 23]:


Bardzo niemile dotknęła przed rokiem, nie tylko ogrodników i budowniczych naszych, którym odebrano sposobność i zarobku i wykazania, uzdolnienia, ale również ogół cały; wiadomość, że hrabiowie Skórzewski i Potulicki, przystępując do urządzenia zakładu klimatycznego w bliskości Warszawy, w Oborach, prace wykonawcze powierzyli ludziom obcym -- Niemcom. Czyżbyśmy nie mieli wśród nas fachowców, którzy by równie dobrze umieli wywiązywać [się] z zadania?
   Na pytania, w ten sposób zadawane, nie odpowiadano wcale, więc też czekaliśmy cierpliwie na ową chwilę, gdy daną nam będzie możność podziwiania owych "cudów-niewidów". Jako argument bardzo silny przytaczali ci, którzy nie widzieli w sprowadzaniu kierowników i majstrów obcych nic złego, słynną niesłowność naszych ogrodników, budowniczych i rzemieślników. "Nasi partaczyliby Bóg wie, jak długo tamci zrobią na pewno wszystko w terminie, oznaczonym z góry" -- mówiono nie bez pewnej racji. 


   Tymczasem minął rok, skorzystałem z pierwszego pięknego dnia słonecznego i wyruszyłem kolejką wilanowską do Obór, ażeby na własne oczy obejrzeć roboty już wykonane. Przyznaję, że nie zachwyciłem się bynajmniej. Do zupełnego ukończenia bardzo jeszcze daleko, ale już z tego, co jest, przebija kilka kardynalnych błędów. Przede wszystkim uderza w Oborach zupełny brak ładnych widoków, co w sąsiednim Skolimowie znajduje się na każdym niemal kroku. Panowie Niemcy porobili dalej uliczki nadzwyczaj wąskie, dobre w ogrodzie, ale nie w parku, mającym służyć dla publiczności, która tłumnie się ma tutaj przechadzać. Ostre kanty przy trawnikach także niemile rażą oko, nasi ogrodnicy starają się wdzięcznie wygładzać właśnie te ścięcia ku uliczkom i to wygląda daleko lepiej. Nasi ogrodnicy kierują się dalej zasadą, że drzewa powinny być urozmaicone, tymczasem niemieccy drzewa te zasadzają partiami, kiedy więc dali klony, to już te klony same tylko znajdują się na pewnej przestrzeni itp. Słowem, znać w Oborach, albo raczej w Konstancinie (taką bowiem nazwę nosi dworzec kolejowy, dość gustowny), robotę, sztukę, i jestem pewny, że gdyby nasi ogrodnicy zajęliby się byli tą sprawą, przede wszystkim w obszernych i pięknych dobrach wybraliby inne miejsce, tu bowiem bardzo mało jest wody, skutkiem czego całość razi monotonią.


   Nie jestem fachowcem, nie mogę też sobie rościć pretensji do wypowiadania "ostatniego słowa", uważałbym jednak za bardzo pożyteczne, gdyby Towarzystwo ogrodnicze urządziło wycieczkę, do tej nowej miejscowości klimatycznej. W każdym razie włożono tu setki rubli, a dla ludzi fachowych wielka nadarza się sposobność do obserwacji i uwag. Warto także porównać park oborski z tworzącym się parkiem w Skolimowie; tam Niemcy, tu pan Chrząński [1], tam krocie, tu skromne tysiące, a jednak tzw. deptak skolimowski ma zarys bardzo gustowny.
   Jedno trzeba przyznać inicjatorom, pp. hr. Skórzewskiemu i Potulickiemu, a mianowicie to, że rzutkością swoją sprawili, iż okolica od Jeziorny do Piaseczna podniosła się ogromnie, i kto wie, czy za lat kilka cały świat elegancki Warszawy nie będzie na lato wyruszał w te strony. A wówczas?
   Wówczas, jak dowcipnie wyraził się siedzący obok mnie wybitny przedstawiciel naszego kleru, na skręcie ku Oborom, Jeziornie, Skolimowie stanąć powinien pomnik z napisem: "Milionerzy Hussowi" [2]. Dzielny ten bowiem inżynier bez funduszów pokazał, jaką potęgą są kolejki podmiejskie, wąskotorowe. Sam upadł, ale kolejka pozostała i wzmogła bogactwo krajowe.


   Cytując fragment powyższego tekstu z "Wędrowca" redakcja "Ogrodnika Polskiego"  [nr 17 z 1899 r., s. 401] pyta: Czy takie niedowierzanie własnym siłom długo jeszcze trwać będzie?


[1] Teodor Chrząński, ogrodnik planista z Warszawy. Uczył się w Szkole Ogrodniczej przy Ogrodzie Pomologicznym. Studiował we Francji (m.in. pracował w ogrodach wersalskich). Twórca wielu założeń ogrodowo-parkowych w Łodzi. Wspólnie z Walerianem Kronenbergiem zakładał parki i ogrody w Królestwie Polskim. Członek Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego, w latach 1895-1899 jego sekretarz.
[2] Budowniczy carskich kolei żelaznych inżynier Henryk Huss (1838-1915), jeden z trzech założycieli kolejki wilanowskiej  w 1891 r.

wtorek, 6 czerwca 2017

"Zabicie Wapowskiego" Jana Matejki

Obraz "Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego" został namalowany w 1861 r. przez Jana Matejkę. Wystawiony został w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Następnie znalazł się w warszawskiej Zachęcie. Zakupił go Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych – książę Władysław Sanguszko (za 800 florenów). Publicznie prezentowany był dwukrotnie. Pierwszym razem w 1883 r. na wystawie jubileuszowej Jana Matejki na Wawelu oraz w 1894 r. we Lwowie w Pawilonie Matejki w trakcie Powszechnej Wystawy Krajowej. Do 1903 r. był w posiadaniu rodziny Sanguszków. Od 1937 r. obraz uważany był za zaginiony. Odnalazł się w 2012 r. w Ameryce Południowej (znalazł się tam prawdopodobnie w wyniku II wojny światowej). Sprowadzono go do Polski dzięki Salonowi Dzieł Sztuki Connaisseur. Pokazano go na Zamku Wawelskim, a następnie znalazł się w depozycie Muzeum Śląskiego w Katowicach.

Jan Matejko, 1862 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

W 1574 r. w trakcie uroczystości koronacyjnych Henryka Walezego na Wawelu odbył się turniej. W trakcie jego trwania kopię zatkniętą przez Samuela Zborowskiego podjął dworzanin Jana Tęczyńskiego. Zborowski uznał to za obrazę tak dużą (byle pachołek nie będzie dotykał kopii wysoko urodzonego), że zaatakował Tęczyńskiego śmiertelnie raniąc czekanem Andrzeja Wapowskiego usiłującego zapobiec awanturze. 

Jan Matejko, Zabicie Wapowskiego, 1861 r.
Zdjęcie za pl.wikipedia.org

Obraz przedstawia moment, w którym śmiertelnie rannego Wapowskiego przyniesiono przed oblicze króla. Na pierwszym planie widać grupę z rannym Andrzejem Wapowskim. Po prawej tyłem stoi sprawca Samuel Zborowski z czekanem w dłoni. W centrum widać Jana Tęczyńskiego, proszącego króla o sprawiedliwy wyrok. (Samuel Zborowski, mimo że była to sprawa gardłowa, został skazany tylko na banicję)


Obraz olejny na płótnie ma wymiary 132 × 101 cm. 8 czerwca 2017 r. został  wylicytowany w Domu Aukcyjnym DESA Unicum w Warszawie za 3,7 mln złotych (cena wywoławcza 2,3 mln złotych).

Być może na jego kolejną publiczną prezentację będzie trzeba poczekać... znów kilkadziesiąt lat.

wtorek, 30 maja 2017

Podróż do Konstancina - lato 1950 r.

Przezabawny tekst na temat podróży do Konstancina w lipcu 1950 r. opublikowało powojenne czasopismo "Mucha". 
Jego autorką była urodzona w Warszawie 22 listopada 1918 r. Anna Lechicka . Na Uniwersytecie Warszawskim studiowała prawo i psychologię. W latach II wojny światowej była żołnierzem Armii Krajowej. Po wojnie pracowała w redakcjach "Muchy" i "Szpilek". Zmarła 23 listopada 2002 r. Była członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jej drugim mężem był Andrzej Kuśniewicz.

KŁOPOTY PANI KIZI

Nie mam nic przeciwko naszej komunikacji. Owszem, podobają mi się Chaussony i Mafawagi, a odkąd poznałam pewnego przystojnego inspektora drogowego uważam, że w dziedzinie komunikacji jest u nas coraz lepiej. Ale ostatnio bardzo zraziłam się do P.K.S.

A wszystko dlatego, że jestem zwolenniczką konsekwencji w postępowaniu. Staś wprawdzie twierdzi, że nie znam znaczenia tego słowa, ale to jest oczywiście złośliwość z powodu tego przystojnego inspektora.

Konsekwentne np. są M.Z.K., które nigdy nie ulegają podszeptom tzw. opinii i z żelazną konsekwencją nie otwierają okien w trolejbusach, nawet w lipcowe upały. A w P.K.S. inaczej. Brak decyzji i stałych zarządzeń. Posłuchajcie.


Chausson APH 47, lato 1949 r. za: ztm.waw.pl

W ubiegłą niedzielę pojechaliśmy ze Stasiem do Konstancina. Owszem, ładnie tam jest i zielono, ale nie zdążyliśmy zwiedzić nawet najbliższej okolicy, bo cały dzień wypoczywaliśmy po podróży z Warszawy, przy czym mnie urwano rękaw od sukni, a Staś zgubił koszyk z prowiantem. Byliśmy więc nieco zgaszeni. A kiedy pod wieczór poczuliśmy się wypoczęci, to okazało się, że już najwyższa pora wracać do Warszawy. Ale jak? Autobusy P.K.S., jadące od strony Chylic, były tak przeładowane, że nie zatrzymywały się w Konstancinie. Poszliśmy więc na piechotę do Chylic. Nawet niedaleko, 7 km. Ale jak doszliśmy, to już naturalnie nie było mowy o tym, żeby się czuć wypoczętym. Za to Staś cieszył się jak dziecko, że wsiądziemy na krańcowej stacji i będziemy mieli miejsca siedzące. Wszyscy stali grzecznie w kolejce. Nadszedł autobus i cóż się okazało? Że nikt nie wysiada. Bo wszyscy jadą z powrotem do Warszawy. No to nasza kolejka otoczyła autobus i zażądaliśmy stanowczo, aby pasażerowie wysiedli i stanęli w kolejce. Co nerwowsi rzucili się do rękoczynów, a Staś, który ma wielki respekt dla władzy, zwrócił się w tej sprawie do konduktora. 

— Nic nas to nie obchodzi — powiedział pan konduktor. — Jest zarządzenie dyrekcji, że jak pasażer płaci, to może jeździć bez wysiadania nawet cały dzień bez przerwy.
— Wierzy pan w cuda?
— Nie.
— A ja wierzę, przed chwilą sam widziałem. Tłok, że trudno się docisnąć.
— A nic panu nie zginęło?
— Nie.
— No, to rzeczywiście cud!

No to wtedy ci mniej nerwowi też rzucili się naprzód, a reszta podżegała do boju. Oboje ze

Stasiem jesteśmy ludźmi łagodnymi, więc stłumiliśmy łzy rozpaczy i poszliśmy z powrotem do Konstancina (siedem kilometrów). A w Konstancinie wsiedliśmy do autobusu, jadącego do Chylic, aby wskazaną nam złą drogą, dojechać do Warszawy. I znów cieszyliśmy się jak dzieci.


Mavag TR5, 1950 r. za: nr.waw.pl


A w Chylicach okazało się, że konduktorka ma inne zapatrywania, niż jej poprzednik. 

— Pojadą ci, co stoją w kolejce! — krzyknęła stanowczo. — Jest zarządzenie dyrekcji, że wszyscy pasażerowie muszą wysiadać i stanąć w kolejce, jeśli chcą wracać. 

I znowu zaczęła się bójka. Tym razem, tragicznym zrządzeniem losu, walczyliśmy ze Stasiem po przeciwnej stronie barykady, po stronie tych, co byli w autobusie. Do boju zagrzewała nas myśl, że jeśli wysiądziemy i staniemy w kolejce, aby czekać na następny autobus, to akurat nowy konduktor może okazać się zwolennikiem pasażerów, jadących z nim razem i — aż strach pomyśleć — znów zostaniemy na miejscu, pójdziemy do Konstancina, wsiądziemy w autobus do Chylic, tam konduktor innych poglądów, wyrzuci nas z wozu itd., itd. aż do koszmarnego poranka dnia następnego. 

Czyż można się więc dziwić, że zraziłam się do P.K.S.? Już wolę M.Z.K. Przynajmniej zawsze wiem z góry, co mnie czeka: w zimie okna uchylone, w lecie zamknięte. Żadnych niespodzianek!

ANNA LECHICKA 


"Mucha" nr 31 z 30 lipca 1950 r.

wtorek, 23 maja 2017

"The Illustrated London News" - 175 lat

Zapewne mało kto pamięta, że mija właśnie 175 rocznica powstania pierwszego i jednego z najważniejszych tygodników ilustrowanych świata "The Illustrated London News" - powołanego do życia w Londynie przez Herberta Ingrama. 


14 maja 1842 r. ukazał się pod redakcją Fredericka Williama Naylor Bayley'a pierwszy numer. Zawierał m.in. materiał o pierwszej wojnie afgańsko-angielskiej, katastrofie pociągu we Francji, o balu młodej królowej Victorii, kandydatach na prezydenta USA. 


Numer ten o objętość 16 stron (zawierał 32 drzeworyty) w cenie 6 pensów sprzedał się w ilości 26000 egzemplarzy. Do końca roku nakład pisma wzrósł do 60000 egzemplarzy, aby w następnych latach osiągnąć nakład w 1851 r. 150000, w 1855 r. 200000, w 1863 r. 300000 egzemplarzy.


"The Illustrated London News" był tygodnikiem do 1971 r., następnie zmieniał częstotliwość a w 2003 r. został ostatecznie zamknięty.


Nasz "Tygodnik Ilustrowany" ukazał się siedemnaście lat później - w 1859 r. i trwał tylko do 1939 r.

ilustracje za: en.wikipedia.org, blog.britishnewspaperarchive.co.uk, pl.wikipedia.org

wtorek, 16 maja 2017

Ustawa metropolitalna - 90 lat temu

Ilustrowane czasopismo satyryczne "Mucha" (nr 32 z 1927 r.), którego wydawcą i redaktorem był zamieszkały od 1903 r. w Skolimowie Władysław Buchner, zamieściło taki o to rysunek:


Nic dodać, nic ująć...
***

O Władysławie Buchnerze pisałem 1 listopada 2016 r. w poście "Obraz św. Teresy w Skolimowie"  http://miniaturyhistoryczne.blogspot.com/2016/11/obraz-sw.html

wtorek, 9 maja 2017

"Pochód na Wawel" Szymanowskiego

Po wielkim sukcesie w Wiedniu rzeźba-pomnik "Pochód na Wawel" była eksponowana w salach Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie. Cała Warszawa, nie tylko artystyczna, oczekiwała tej prezentacji. 2 marca 1912 r. tłumy zainteresowanych mogły zobaczyć na własne oczy dzieło Wacława Szymańskiego.



Informacje o wystawie zamieszczane
w "Kurierze Warszawskim" w 1912 r. nr 59, 61, 62

W 1905 r. Wawel został przekazany władzom Galicji i Lodomerii. Sześć lat później ostatni żołnierz austriacki opuścił zamek wawelski. Trwała jednocześnie dyskusja nad koncepcją przywrócenia świetności Wawelowi. Do Komitetu Odbudowy Zamku na Wawelu został powołany m.in. Wacław Szymanowski.

                               

W ramach tych prac przygotował on kompozycję rzeźbiarską "Pochód na Wawel". W 1908 r. gotowy był gliniany model rzeźby, w 1911 r. gotowy odlew gipsowy w skali 1:5, w 1912 r. brązowy odlew patynowany. 9 listopada 1911 r. model został pokazany na wystawie "Secesja" w Wiedniu (były tu także prezentowane prace Jacka Malczewskiego). Na przełomie 1911 i 1912 r. powstał komitet budowy pomnika-rzeźby. Kilkuletnie zabiegi o wykonanie odlewu w skali 1:1 nie powiodły się. 




Projekt wywołał wielką, ogólnonarodową dyskusję. Mimo poparcia projektu przez Jacka Malczewskiego, Jana Stanisławskiego, Henryka Sienkiewicza, Oswalda Balzera, Włodzimierza Tetmajera, Ignacego Chrzanowskiego, silna opozycja m.in. prasy warszawskiej (m.in. "Głos Warszawski" nr 88 z 31 marca 1912 r. w materiale "Nasze zdanie w sprawie "Pochodu na Wawelu") i warszawskiego środowiska artystycznego (Stanisław Jagmin, Eligiusz Niewiadomski, Kazimierz Stabrowski, Edward Trojanowski) doprowadziła do tego, że w 1928 r. Adolf Szyszko-Bohusz (kierownik prac przy odnowie wawelskiego zamku) odrzucił projekt ustawienia rzeźby na Wawelu (taki sam los spotkał projekt witraży do katedry wawelskiej zaproponowanych wcześniej przez Stanisława Wyspiańskiego). 


Rzeźba "Pochód na Wawel" przedstawia kroczące 52 postacie. Prowadzi je Los-Fatum. Za nim idą królowie i inne osobistości z dziejów Polski. Kroczą Zygmunt III Waza i Piotr Skarga, Stefan Batory z Janem Zamojskim, Zygmunt August z Barbarą Radziwiłłówną, Zygmunt Stary z królową Boną, Władysław Jagiełło z królową Jadwigą i Zawisza Czarny, Kazimierz Wielki z Esterką, Bolesław Śmiały i św. Stanisław, dworzanie i lud.


W oryginale długość rzeźby miała mieć 35 metrów długości a wysokość figur 3,5 metra.

Projekt ustawienia rzeźby.
Akwarela Kazimierza Wyczyńskiego
według Wacława Szymanowskiego i Zygmunta Hendla

Wacław Szymanowski urodził się 23 sierpnia 1859 r. w Warszawie, rzeźbiarz i malarz tworzący w stylu secesji. W latach 1875–1879 studiował rzeźbę u Cypriana Godebskiego i malarstwo w École des Beaux-Arts. Studia uzupełnił w latach 1880–1882 w Monachium. W 1889 r. za obraz „Kłótnia Hucułów” został nagrodzony złotym medalem na wystawie w Paryżu. Malarstwo porzucił w 1895 r., poświęcając się rzeźbie. 2 maja 1923 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 22 lipca 1930 r. w Warszawie. 


Był autorem wielu nagrobków i pomników (m.in. pomnika Fryderyka Chopina w Warszawie, rzeźby "Macierzyństwo" w Warszawie, pomnika Juliusza Słowackiego we Wrocławiu – wykonany przez Andrzeja Łętowskiego na podstawie rzeźby Szymanowskiego). 

Ilustracje za: "Świat. Pismo tygodniowe ilustrowane" nr 9 z 1912 r., "Tygodnik Ilustrowany" nr 9 z 1912 r.

wtorek, 2 maja 2017

Wielki pożar w Jeziornie - 1917

Część mieszkańców Konstancina-Jeziorny zapewne pamięta jeden z jesiennych dni 1984 r. Był początek listopada, gdy nad miastem pojawiła się łuna ognia. Ogromny pożar wybuchł na terenie zabytkowego gmachu szmaciarni, produkcyjnego budynku Papierni Górnej. Pożar niszczył konstrukcję dachową i wnętrza budynków. Ogień był tak duży, że trzeba było zabezpieczać pobliską stację benzynową. Jednostka ze Skolimowa "utopiła ją w pianie". Stojąca od tego czasu ruina, w 2002 r. zamieniła się w centrum handlowe "Stara Papiernia".

100 lat temu Jeziorna przeżyła chyba największy w swojej historii pożar. Było to 15 lipca 1917 r.

Tak opisał te niedzielne popołudnie anonimowy korespondent "Kuriera Warszawskiego" w materiale "Pożar w Jeziornie":

                                 
W odległej o trzy mile od Warszawy Jeziornie, położonej tuż przy kolejce wilanowskiej, szalał wczoraj pożar. O godz[inie] 5-ej po poł[udniu], zaraz po przejściu pociągu, wychodzącego z Warszawy o godz[inie] 3 min[ut] 40 po poł[udniu], zapaliła się stojąca prawie przy samym torze wielka stodoła gospodarza Latoszka. W jednej chwili ogień ogarnął całą stodołę i przeniósł się na sąsiednie zabudowania.
Silny wiatr, który wczoraj dął po południu, sprzyjał szerzeniu się ognia, to też szybko jeden dom za drugim stawał w płomieniach, tak, że w ciągu godziny spłonęły wszystkie domy, leżące z prawej strony drogi, od stacji Jeziorna przez wieś do Konstancina. Spaliły się całkowicie lub częściowo zabudowania Kłoszewskiego, Urbaniaka, Rogowskiego, Masikowskiego, Lichockiego, Golika, Rawskiego, Rękawka i innych oraz dach łaźni parowej fabrycznej. O ratunku na razie nie było mowy. Jeziorna nie ma straży ogniowej i sikawek. Nie jest jakąś zapadłą wsią, ale miejscowością, na którą Warszawa oddziaływa swą kulturą. Mieszkańcy Jeziorny chyba wiedzą, że istnieją straże ogniowe i że na walkę z ogniem należy być przygotowanym, a nie, jak to się działo podczas wczorajszego pożaru w ich wsi. Zamiast oddziału strażaków, pożar gasiła publiczność z Konstancina, Skolimowa, Klarysewa i pobliskich miejscowości, gdyż ludność Jeziorny rzuciła się przede wszystkim na ratunek swego własnego mienia.
Dzięki obcym, przybyłym z Warszawy, zdołano zorganizować ratunek. Zdobyto kilkanaście wiader, utworzono łańcuchy z osób, przybyłych z różnych stron na miejsce pożaru, i w ten sposób wodę z kilku studni podawano wiadrami z rąk do rąk. W takich warunkach zaledwie połowa wody w wiadrach dochodziła na miejsce.

 

Ludność miejscowa, świątecznie ubrana, zwabiona ogniem ze stron, którym pożar nie groził, niechętnie stawała do szeregu do przenoszenia wody, trzeba było zmuszać ich do ratunku. Sikawki fabryczne niewiele pomogły, gdyż sparciałe węże, wylewające wodę, nie mogły skutecznie działać.
Kilkanaście zabudować ogień strawił doszczętnie. Nie zdołano również uratować sprzętów i w ogóle dobytku. Liczne rodziny pozostały bez dachu nad głową i w zupełnej nędzy.
Kilku zaledwie energicznym jednostkom, a zwłaszcza p[anu] Nowickiemu, zawdzięczać należy, że nawet przy tak pierwotnie zorganizowanej akcji ratunkowej, ogień nie przeniósł się na lewą stronę drogi, a zatrzymał z prawej, w miejscu, gdzie już kończą się zabudowania. Ostatnim budynkiem, do którego ogień dotarł, była łaźnia parowa. Ogień był tak gwałtowny i tak szybko się rozlewał, że iskry padały na Konstancin, odległy od Jeziorny o wiorstę.
O godz[inie] 6 wiecz[orem] ogień umiejscowiono. Z zabudowań pozostały gruzy i popieliska.
Ubogie rodziny, wynajmujące mieszkania w Jeziornie, wyrażały się z oburzeniem o gospodarzach tej wsi. "Córki chodzą w jedwabiach i <lakierkach>, z biednego żyły drą, za ćwierć młodych kartofli żądają 40 marek, za wiązkę marchwi 1 [i] 1/2 marki, a jak nie dać, to odpowiadają <Umierajcie z głodu, Warszawa kupi i dobrze zapłaci>".
Egoizm licznych gospodarzy Jeziorny tak ich zaślepił, że, nie posiadając instynktu społecznego i obywatelskiego, zapomnieli o zorganizowaniu tak niezbędnej dziś w każdej miejscowości straży ogniowej. Może wczorajszy pożar będzie dla nich ostrzeżeniem, jak należy być przygotowanym na zawsze możliwe nieszczęścia i klęski żywiołowe.
Straż w Jeziornie powstała ... dopiero osiem lat później, w 1925 r.

Pobliska Rada Obywatelska Uzdrowiska Skolimów podjęła decyzję natychmiast. Trwający już proces tworzenia Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej zakończył się miesiąc później, w połowie sierpnia 1917 r. (o tym będzie można przeczytać w przygotowywanej do druku publikacji).

wtorek, 25 kwietnia 2017

Rok kościuszkowski 2017

Sejm poparł uchwały ustanawiające rok 2017 m.in. rokiem rzeki Wisły, pisarza Josepha Conrada–Korzeniowskiego, marszałka Józefa Piłsudskiego, naczelnika Tadeusza Kościuszki. Natomiast Senat postanowił, że rok 2017 będzie miał kilku patronów: m.in. naczelnika insurekcji z 1794 r. Tadeusza Kościuszkę, gen. Józefa Hallera, prezydenta na uchodźstwie Władysława Raczkiewicza i lekarza Władysława Biegańskiego. 

Rzeczywiście jest w czym wybierać.

Wśród tych osób jedna się powtarza - Tadeusz Kościuszko. Jego postać nie wzbudziła żadnych kontrowersji w obu izbach parlamentu.
Medal Pamiątkowy dla uczczenia
270. rocznicy urodzin i 200. rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki
wręczany przez Polską Fundację Kościuszkowską (zbiory własne)
W tym roku obchodzimy 200 rocznicę śmierci Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszki. Urodził się on 4 lutego 1746 r. w Mereczowszczyźnie (dziś w obwodzie brzeskim na Białorusi), zmarł 15 października 1817 r. w szwajcarskim Solurze. Był wytrawnym inżynierem wojskowym i fortyfikatorem; polskim i amerykańskim generałem, uczestnikiem wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych w latach 1775–1783. W czasie insurekcji kościuszkowskiej roku 1794 został Najwyższym Naczelnikiem Siły Zbrojnej Narodowej.

"Jak to na Litwie"
ilustracja do poematu Marii Konopnickiej
ze zbioru "Śpiewnik historyczny".
Obraz autorstwa Grażyny Kostawskiej,
olej, płótno 50x70 cm.
Jedna z 10 pocztówek wydanych przez
Ośrodek Kultury "Arsus"
(zbiory własne)

wtorek, 18 kwietnia 2017

780 lat staromiejskiego ratusza w Szczecinie

Szczecin w 1237 r. otrzymał prawo lubeckie. Wtedy też powstał budynek mieszczący m.in. salę sądową i izbę ławników. Książę szczeciński i pomorski Barnim I w 1245 r. pozwolił na postawienie na rynku "theatrum". Być może chodziło tu o rozbudowę ratusza, ponieważ w 1243 r. miasto otrzymało prawo magdeburskie. Od 1262 r. budynek stał się siedzibą władz miejskich Starego i Nowego Miasta. Około połowy XV w. rozpoczyna się przebudowa ratusza. W trakcie oblężenia miasta w 1677 r. ratusz poważnie ucierpiał. W następnych latach w trakcie odbudowy ratusz otrzymuje barokowy wystrój. 

Rynek Staromiejski z ratuszem (widoczny po prawej) wg ryciny z 1798 r.

W 1867 r. przeprowadzono remont ratusza. W 1879 r. budynek został opuszczony przez władze miejskie i był wynajmowany osobom prywatnym. Same władze przeprowadziły się do nowego ratusza. Stary ratusz krótko pełnił swoją funkcję w okresie 1937-1938. W czasie II wojny światowej został poważnie zniszczony. 

Widok zabezpieczonych ruin ratusza. Lata 50-te
Odkrywanie elementów gotyckich
na elewacji zachodniej ratusza. Lata 50-te

Odbudowa trwała długo. W 1975 r. budynek został przekazany na potrzeby Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Wschodnia ściana ratusza. Rok 1975-1976.
Zdjęcie ze strony fotopolska.eu

wtorek, 11 kwietnia 2017

Świąteczne pocztówki - 1938 r.

Zbliżają się Święta Wielkiej Nocy. Z tej okazji chcę zaprezentować dwie pocztówki z mojej kolekcji. 

Pierwsza z nich przedstawia procesję wielkanocną idącą spod Katedry Wawelskiej. 




Autorem ilustracji był Alfred Żmuda, rysownik, malarz, legionista, urodzony w 1897 r. Był uczeniem Józefa Mehoffera, dyplom krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych uzyskał w 1924 r. Cały czas związany był z krakowskim środowiskiem artystycznym. Ilustrator, poświęcił się grafice w pismach codziennych i tygodnikach. Pracował m.in. w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym". Jego dziełem jest m.in. układ graficzny i szata zewnętrzna działa "Dziesięciolecie Polski odrodzonej". Zmarł w 1966 r.

Pocztówka została nadana we Lwowie 14 kwietnia 1938 r. Jej odbiorcą byli państwo Stawowczykowie zamieszkali we wsi Radziechowy koło Żywca.

Kim byli odbiorcy listu. 

Józef Stawowczyk rodem z Oświęcimia był wielce zasłużoną postacią dla wsi Radziechowy. W 1911 r. został nauczycielem w Łękawicy, w 1912 r. nauczycielem szkoły ludowej w Kamesznicy. Dziesięć lat później został dyrektorem szkoły w Radziechowach (od roku szkolnego 1921/1922 do września 1947 r.). Był także kierownikiem miejscowego chóru, od 1926 r. członkiem miejscowego Ogniska Związku Podhalan. Po wojnie, w 1946 r., założył we wsi pierwsze przedszkole. Niestety nadawca pocztówki jest mi nieznany (podpis jego jest nieczytelny).

Na drugiej pocztówce widzimy dwie młode dziewczyny siedzące za stołem i malujące pisanki.




Autorem ilustracji jest Z. Kopycińska. Prawdopodobnie jest to Zofia Kopycińska– Wilczkowa (urodzona 7 maja 1916 r.), absolwentka Wydziału Filologii Klasycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego (1946) i krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (1953). 

Pocztówka adresowana jest do państwa Frydrychów z Krakowa i nadana została 7 kwietnia 1939 r. Ostatnie święta przed wojną. Za pięć miesięcy kraj zaleje pożoga wojenna. Odbiorcą była zapewne znana rodzina kominiarska z Krakowa, natomiast na temat nadawcy nic nie mogę powiedzieć.

Obie pocztówki zostały wydane przez Krakowski Komitet Okręgowy Towarzystwa Popierania Budowy Publicznych Szkół Powszechnych (TPBPSP)[1]. Dochód z ich sprzedaży miał zasilić konto Towarzystwa. Pocztówki zostały wydrukowane przez Zakłady Graficzne "Styl" w Krakowie.

[1] TPBPSP było stowarzyszeniem powołanym w pierwszej połowie 1933 r. w celu gromadzenia funduszy, które następnie miały zostać obrócone w nieoprocentowane 20-letnie pożyczki, udzielane gminom na budownictwo szkolne w wysokości 25% kosztów budowy.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Uzdrowisko Skolimów ma 100 lat

Zgodnie z zatwierdzoną przez naczelnika powiatu warszawskiego ustawą samorządową miejscowości letniczej (sic!) Konstancin z 21 sierpnia 1917 r. wszyscy pełnoletni mieszkańcy obojga płci, właściciele willi i placów Konstancina oraz przedstawiciele podmiotów prawnych mieli w ciągu pięciu dni zorganizować zebranie wyborcze na którym mają wybrać Radę Obywatelską (pięć osób i komisarz).


Wybory do Rady Obywatelskiej Konstancina odbyły się w niedzielny wieczór 26 sierpnia 1917 r. Dwa dni później, 28 sierpnia, "Kurier Warszawski" informował, że w jednej z sal szkolnych Konstancina doszło do spotkania, któremu przewodniczył Stanisław Konopczyński. Po długiej i burzliwej dyskusji wybrano Radę Obywatelską, komisarza a dodatkowo uchwalono podatek jednorazowy w wysokości 25 marek (od parceli) na pokrycie kosztów organizacyjnych Rady. 
Do Rady Obywatelskiej zostali wybrani Stanisław Pfeiffer, Tadeusz Rapacki, Aleksander Płatkowski, Adolf Witt, Franciszek Piasecki, Jan Patzer i T. Krzyżanowski. Komisarzem został wybrany Henryk Starzeński. Zgodnie z zapowiedzią miano wybrać pięciu członków Rady, wybrano siedmiu.

 *** 
Zawsze mnie interesowało, dlaczego w opisie historii uzdrowiska Konstancin-Jeziorna wkład Skolimowa jest pomijany lub też zdawkowo traktowany. Wszędzie przebija konstancinocentryzm. A przecież uzdrowisko Konstancin nie było ani jedyne ani też pierwsze.

Cofnijmy się o cały wiek ...

Nie znam ustawy samorządowej miejscowości "letniczej" Skolimów zatwierdzonej przez naczelnika
powiatu warszawskiego. Ale w wydaniu porannym z czwartku 5 lipca "Kurier Warszawski" poinformował, że odbyła się inauguracja pracy Rady Obywatelskiej w Skolimowie. Zapewne spotkanie odbyło się dzień wcześniej, 4 lipca 1917 r. Wtedy to, o godz. 12.30 w gmachu Rady Uzdrowiska miejscowy ksiądz Waldemar Szpakowski w obecności dziewięciu radnych i licznych gości poświęcił salę obrad. Przewodniczący Rady Witold Biernacki zagaił posiedzenie, w którym omówił cele i zadania Rady, głównie na polu pracy kulturalno-społecznej. W trakcie dyskusji jaka się wywiązała jeden z mówców - Ostrowski - nawoływał do ścisłego współdziałania Rady Obywatelskiej z wyborcami. Na koniec spotkania zabrał głos członek Rady Władysław Herlaine.


Powyższe zdjęcie zostało zrobione zapewne 4 lipca. Do fotografii pozuje Rada Obywatelska Uzdrowiska Skolimów. Z przodu siedzi zarząd Rady (od lewej): Henryk Neuman, Witold Biernacki (przewodniczący), Jan Bobiński, Władysław Herlaine. Za nimi stoją (od lewej): Władysław Brudzewski (komisarz), Walenty Paszkowski, Stefan Majewski, Kazimierz Wasilewski, Samuel Frost, Stanisław Pac, Franciszek Mariański, Wacław Preker i Józef Czerwiński. Mała uwaga: zdjęcie przedstawia trzynaście osób a wybrano dziewięciu członków Rady (prawdopodobnie nie wszyscy byli członkami Rady).


20 sierpnia w wydaniu wieczornym "Kurier Warszawski" donosił, że pięć dni wcześniej, 15 sierpnia o godz. 16 odbyło się w lokalu własnym nadzwyczajne zebranie Towarzystwa Przyjaciół Skolimowa i Chylic. Zebranie otworzył Henryk Neuman, natomiast na przewodniczącego zebrania przez aklamację został wybrany Rosengarten. Na zebraniu tym dyskutowano nad zmianą części zapisów statutu Towarzystwa. Wynikało to z faktu, że część zadań Towarzystwa przejęła powołana półtora miesiąca wcześniej Rada Obywatelska. Przejęła ona bowiem sprawy społeczno-kulturalne. 

Z tych krótkich informacji wynika, że ustawa miejscowości "letniczej" Skolimów i powstania "Uzdrowiska Skolimów" zapewne została zatwierdzona w końcu czerwca. Musiały się przecież odbyć po drodze wybory do Rady tak, żeby 4 lipca mogła rozpocząć działalność (i zostać zatwierdzona przez władze powiatowe).


wykorzystałem "Kurier Warszawski" z 1917 r.: nr 183 z 5 lipca, s.3; nr 214 z 5 sierpnia, s. 11; nr 229 z 20 sierpnia, s.3; nr 232 z 23 sierpnia, s. 1 i 6; nr 233 z 24 sierpnia, s. 1; nr 237 z 28 sierpnia, s. 3.


***
Próbowałem zebrać informacje na temat osób występujących na zdjęciu. Wyniki publikuję poniżej. Mam świadomość, że nie są one pełne i wymagają licznych poprawek i uzupełnień. Będę wdzięczny za nadsyłanie uwag...


1. Henryk Neuman. Niestety w Warszawie prowadziło interesy kilka osób o tym nazwisku. Wydaje się, że możemy zastanawiać się nad dwiema osobami. Pierwsza to: członek Rady Nadzorczej Kasy Przemysłowców Warszawskich, członek Izby Przemysłowo Handlowej (sekcja eksportowa), członek okręgu 8 Komisji Szacunkowej (określającej podatek repartycyjny od handlu, przemysłu i wolnych zawodów - 1921). Druga to: właściciel firmy introligatorskiej, członek zarządu Stowarzyszenia Kupców Polskich, kierownik podsekcji skórzanej Sekcji Gospodarczej Wydziału Świadczeń Wojennych SKP (1920), członek Koła Kupców działu skórzanego SKP. 
2. Witold Biernacki, notariusz przy wydziałach hipotecznych sądu okręgowego w Warszawie. Prowadził własną kancelarię.
3. Jan Bobiński, przewodniczący Rady Polskich Stowarzyszeń Pracowniczych. Delegat do Departamentu Pracy Tymczasowej Rady Stanu. Członek Towarzystwa Biblioteki Publicznej w Warszawie.
4. Władysław Herlaine (zm. 20.04.1941 r.) dyrektor naczelny Towarzystwa Ubezpieczeń "Przyszłość", dyrektor zarządzający Warszawskiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń "Zjednoczenie". Członek Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Astronomii, członek Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Jego syn Jerzy (ur.16.07.1894 r.) porucznik pilot, szef pilotażu Szkoły Lotniczej w Dęblinie zginął 4 sierpnia 1920 r. w czasie lotu służbowego na samolocie Nieuport 23.
5. Władysław Brudzewski. Być może chodzi o zmarłego 24.07.1932 r. inżyniera, wychowanka instytutu technologicznego w Petersburgu (1894). 
6. Walenty Paszkowski sekretarz Zarządu Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej.
7. Stefan Majewski ?
8. Kazimierz Wasilewski, członek komisji rewizyjnej Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej. Prawdopodobnie chodzi tutaj o kupca warszawskiego (1849-1929). Prowadził on przy ul. Miodowej dom handlowo-rolniczy, specjalizujący się w nasionach. Propagował używanie w polskim rolnictwie żniwiarek i żniwiarko-snopowiązałek. Był zapalonym szachistą. 
9. Samuel Frost (zm. 20.10.1932 r.), właściciel sklepu meblowego w Warszawie na Nowym Świecie 49. Mieszkał w Skolimowie w willi w stylu zakopiańskim „Jutrzenka” (Jerychonka). 
10. Stanisław Pac komendant Skolimowskiej Straż Ogniowej Ochotniczej. Sędzia sądu grodzkiego ? 
11. Franciszek Mariański członek komisji rewizyjnej Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej. 
12. Wacław Preker (1869-1936) syn właściciela Skolimowa Erazma. Po studiach prawniczych był sędzią pokoju, następnie sędzią grodzkim na warszawskim Mokotowie. Był założycielem Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej i członkiem jej Zarządu. Ofiarował grunt pod Dom Artysty, pod skolimowski kościół i budynek straży pożarnej. 
13. Franciszek Czerwiński (1869-1933), właściciel znanego zakładu krawieckiego. Organizator Związku Rzemieślników Chrześcijan (i jego długoletni prezes), prezes rady nadzorczej Banku Spółdzielczego członków ZRC. Poseł, należał do Klubu Narodowego. Pracował w komisji handlowo-przemysłowej. Członek komisji rewizyjnej Skolimowskiej Straży Ogniowej Ochotniczej.