wtorek, 30 sierpnia 2016

Osobowice - Oswitz - dopowiedzenie

Dopiero teraz przeglądając powtórnie zdjęcia związane z Placem Wyzwolenia jedno z nich przykuło moją uwagę. Pierwotnie nie zwróciłem na to uwagi....

Restauracja G. Krunz'a

Proszę spojrzeć. Zdjęcie niby znane, opisane, ale.... moją uwagę przykuł napis nad wejściem do restauracji. Ku mojemu zaskoczeniu właścicielem nie jest Otto Klotz, ale .... G. Krunz !!!!!
Niestety zdjęcie nie jest datowane, więc trudno stwierdzić kiedy to miało miejsce. Nie dotarłem też do tego kim był Krunz. Gdzieś tylko mignęła mi informacja o Gottlibie Krunz'u z Breslau. 
Czyżby odnalazł się trzeci właściciel "Gesellschaftshaus Bürgengarten"...

wtorek, 23 sierpnia 2016

"Grube ryby" w Zakopanem

W całym kraju piękna, słoneczna pogoda. Gorące masy powietrza odpowiedzialne są za wysoką temperaturę - od 25 do ponad 30 stopni. Mamy jeszcze czas wakacji.


Mieczysław Frenkiel, Julian Fałat, Kornel Makuszyński. Fot. Schabenbeck


88 lat temu w Zakopanem Mieczysław Frenkiel tak mówił do Juliana Fałata i Kornela Makuszyńskiego
"Ciepło, panowie, jest rzeczą przyjemną"





Mieczysław Frenkiel (1858-1935) wybitny polski aktor komediowy i wykonawca ról molierowskich, związany przez całe życie z warszawskim "Teatrem Rozmaitości" (1890-1935).
Julian Fałat (1853-1929) jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów, przedstawiciel realizmu i impresjonistycznego pejzażu.
Kornel Makuszyński (1884-1953) prozaik, poeta, publicysta i krytyk teatralny. Jeden z najbardziej płodnych polskich pisarzy przed II wojną światową.

zdjęcie za: "Świat" nr 33 z sierpnia 1928 r.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Osobowice - Oswitz

Oswitz (Osobowice) wieś położona na północny zachód od centrum Wrocławia. Od 1928 r. w granicach miasta. W latach 20. i 30. Osobowice przeżywały okres swojej świetności. Były ośrodkiem wypoczynku dla mieszczuchów. Dziś przez większość mieszkańców kojarzone są głównie z wielkim cmentarzem komunalnym. Rzadko kto zapuszcza się dalej niż za Most Millenijny.

Od ponad pół wieku wpadam tutaj regularnie. Obserwuję zmiany... i te dobre i te złe. Ale mam wielki sentyment do tego osiedla. Jest coś w nim urokliwego, niepowtarzalnego...

Pamiętam moje pierwsze kroki na Placu Wyzwolenia. Miejsce bez zwartej zabudowy w kształcie trójkąta. Jadąc od centrum miasta po prawej stronie, na rogu ulicy Ostrzeszowskiej stał duży budynek.


Restauracja Carla Scholz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu

Filiżanka z restauracji Carla Scholz'a.
Zdjęcie pobrana
ze strony MyViMu (zbiory Normana) 

Restauracja Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Restauracja Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Sala taneczna restauracji Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Ogródek piwny restauracji Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Pani Klotz przed wejściem do restauracji. 
Zdjęcie ze strony dolny.slask.org.pl

Wybudowany w końcu XIX wieku (1898 r.) mieścił w sobie centrum rozrywkowo gastronomiczne. Znajdowała się w nim elegancka restauracja. Oprócz sali jadalnej, dysponowała także salą taneczną ze sceną dla orkiestry. Za budynkiem wśród kasztanowców utworzono ogród piwny. Również tutaj było miejsce dla orkiestry. Początkowo właścicielem był Carl Scholz ("Carl Scholz Sale und Garten Etablissement"), następnie Otto Klotz ("Gesellschaftshaus Bürgengarten").


Dom Kultury PGR na Placu Wyzwolenia. Zbiory Krystyny Wilczyńskiej.
 Zdjęcie z książki K.Wilczyńskiej "Wrocławskie osiedla Osobowice i Rędzin.
 Wczoraj i dziś", Wrocław 2016, s. 112
Budynek na Placu Wyzwolenia przed rozbiórką. 2000 r. Fot. Wojciech Wilczyński. 
Zdjęcie z książki K.Wilczyńskiej "Wrocławskie osiedla Osobowice i Rędzin. 
Wczoraj i dziś", Wrocław 2016, s. 116

Po wojnie miejsce to zajął początkowo Dom Kultury PGR. Funkcjonowało tutaj od 1953 r. kino "Plon". Znalazła tutaj miejsce także biblioteka publiczna. Po upadku PGR budynek popadał coraz bardziej w ruinę. W rezultacie w 2000 r. budynek został rozebrany. Na jego miejscu stanął nowoczesny budynek mieszkalny.


Budynek mieszkalny na Placu Wyzwolenia. 2016 r. Zdjęcie Witold  Rawski

Jedno miejsce, tyle pokoleń, tyle zmian... czasu nie da się zatrzymać. Zmian też.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Skolimów 1928

W numerze 33 z 18 sierpnia 1928 r. tygodnika "Świat" ukazał się tekst o Domu Aktora Weterana Scen Polskich w Skolimowie. Jego autorem jest nie byle kto ... sam Wacław Grubiński. Urodzony 25 stycznia 1883 r. w Warszawie dramatopisarz, prozaik, felietonista i recenzent teatralny w 1931 r. został prezesem Związku Autorów Dramatycznych. Związany był z wieloma czasopismami, m.in. "Książką", "Światem", "Kurierem Porannym", "Tygodnikiem Ilustrowanym", "Wiadomościami Literackimi", "Kurierem Warszawskim". Był także redaktorem naczelnym pism "Teatr i życie wytworne" oraz "Echo Tygodnia". W styczniu 1940 r. został aresztowany przez NKWD i skazany na karę śmierci. Karę zamieniono na 10 lat łagrów. Opuścił Rosję z armią gen. Andersa. Zamieszkał w Londynie. Tutaj związał się z "Wiadomościami" i "Rzeczpospolitą Polską". Był założycielem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Zmarł 8 czerwca 1973 r. w Londynie.
Wacław Grubiński. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org

Dobra panów aktorów

Stoi sobie w słońcu, jak w pożarze, spokojnie urodziwy dom dwupiętrowy, czerwoną dachówką jak czapą wysoką, nakryty. Posiada dwa fronty i jedno tylko tyły: boczne. Bokiem się tutaj wchodzi, jeżeli chce się tutaj wejść od tyłu. Jeden front uśmiecha się werandą na plant kolejkowy i bawi swoje pogodne oblicze ładnym – z daleka – widokiem pociągu, który udaje prawdziwą  lokomotywę i prawdziwe wagony, wiezie lalki, dymi, dyszy, gwiżdże i klekocze, a potem wysiadają z niego ludzie dorośli z dziećmi; drugi zaś front domu spogląda poprzez klomby i zagony truskawek, poziomek, sałaty, marchewki, ku rzece Jeziorce, płynącej dyskretnie za wyniesionym nieco brzegiem. Młode drzewka owocowe, ustawione rzędami, zapowiadają uroczo przyszły swój rozrost, przyszłą swoja płodność i odrobinę cienia, którego teraz na całym terenie ze świecą szukać w południe, a drewniana siateczka, biegnąca wokół ogrodu, niby tresowana pajęczyna, aż się prosi o płaszcz z winnych liści.
Na werandzie w koszykowych fotelach siedzą, jak na scenie, syci oklasków i owacji, posiwiali artyści. Obok nich młodzież, rozumiejąca własnym doświadczeniem Vauvenargues’owe[1] powiedzenie, iż pierwsze chwile sławy są rozkoszniejsze, niż pierwsze promienie wschodzącego słońca. I pierwsi i drudzy są tutaj u siebie: ten komfortowy dom o pięknym hallu, o trzydziestu pokojach, urządzonych ze smakiem, o kilku wannach, o bibliotece (trzy tysiące książek… jeszcze nie skatalogowanych), o pięciolampowym aparacie radio, ten dom skanalizowany prywatnie i  zelektryfikowany gminnie. To dom Aktora Polskiego.

Dom Aktora w Skolimowie. Fot Jan Malarski

Rządy w nim sprawuje ZASP przez swoich prokonsulów, ale jego stałym dożywotnim kuratorem jest p[an] Antoni Bednarczyk, bo energią, zapobiegliwością, uporem p[ana] Bednarczyka, na gruncie ofiarowanym przez pana sędziego Wacława Prekera[2], wyrosło w Skolimowie prześliczne „Schronisko”, proszące się o nazwę nie tylko mniej pokorną, ale wręcz o imionisko pyszne. Ja bym był za Elsynorem[3], ponieważ w dzień i w nocy chodzą po tych krużgankach duchy świetnie zagranych ról… przez kogo zagranych? Przez tych, co teraz tutaj mieszkają, lub przez tych, o których tutaj się opowiada. Na ścianach portrety Bogusławskiego, Królikowskiego, Modrzejewskiej, a z najmłodszych gwiazd portret Poli Negri, która na międzynarodowym ekranie kinematograficznym rozsławiła polska sztukę dramatyczną śród obcych narodów po obydwóch stronach oceanu, wzruszając miliony ludzi, nie znających polskiego języka.

Wacław Preker. Zdjęcie ze strony  muzeumkonstancina.pl

Obok pani Mrozowskiej-Toeplitzowej księżna Negri Mdiwani[4] należy do najhojniejszych ofiarodawczyń na rzecz skolimowskiego gmachu aktorskiego.
Ogromny hall podłużny tak jest budowany, aby mógł służyć jako widownia teatralna. Na początku i na końcu tego hallu znajdują się dwie estrady, z których jedna może być podzielona na loże lub na „balkon pierwszego pietra”, druga zaś może być użyta jako scena teatru kameralnego. P[an] Jerzy Leszczyński, odwiedziwszy Skolimów, po powrocie z Biarritz[5], wpadł na żartobliwy pomysł stworzenia tutaj eksperymentalnego teatru i, z tym pełnym uroku dowcipem, który rozbraja najobraźliwsze powagi, zaproponował przy wspólnym obiedzie, oczywiście już przy deserze, wystawienie „Ślubów panieński” Fredry, w miejscowej obsadzie emerytalnej. Zanim jednak zgodzi się na to p[ani] Siedlecka, p[ani] Żołopińska, p[an] Sapalski i  inni, w hallu wieczorami zasiadają panie z robótkami szydełkowymi w ruchliwych rączkach, a pani Palińska manewruje aparatem radio.
- Warszawa. Koncert w Dolinie Szwajcarskiej. Dyryguje pan Mazurkiewicz.

Rozmowa z brytanem, który strzeże w nocy mienia
 i bezpieczeństwa artystów. Pawłowski i Mariusz
Maszyński udzielają poczciwemu 
psu mądrych
i zbawiennych wskazówek.
   Fot. Jan Malarski

Gdy pani Palińska próbuje chwytać fale zagraniczne, ze wszystkich stron pcha się do Skolimowa natrętny Niemiec – z odczytem o szkodliwości alkoholu. Tymczasem pani Sławińska, spędzająca tutaj rekonwalescencje przed wyjazdem do Lublina, do teatru miejskiego pod dyrekcją p[ana] Grodnickiego, opowiada anegdoty. Co chwila rozlegają się salwy śmiechu. Stateczni emeryci już o godzinie dziewiątej znikają z hallu, natomiast młodzież artystyczna, która tu przybyła, jak do pensjonatu, aby łyknąć wiejskiego powietrza przez tydzień lub miesiąc, aby odpocząć po turkocie miejskim, aby zobaczyć „wolna okolicę”, nie namalowana przez p[ana] Frycza lub Drabika, siedzi nieco dłużej, gwarząc, niby przy kominku, przy eterycznych wrzątkach radioaparatu. P[an] Mariusz Maszyński tryska humorem, nawet przegrywając partię szachów do dyr[ektora] Wacława Nowakowskiego, pani Witoldowa Rolandowa, ułożywszy spać swoją romantyczną sześcioletnią Lalę (z którą w dzień wojuje po oficersku obrany Józio Mazurkiewicz), słucha opowiadania pani Maszyńskiej o Ewie, pięcioletnim żywym portrecie pana Mariusza (tylko na czarno, bo czuprynkę wzięła od mateczki):
- Dzisiaj tak się modliła Ewusia: „Proszę Boziuni o zdrowie dla tatusia, dla mamusi, dla Karoliny, dla Ewusi i dla much na lepie”.
Rozweselona pani Zabiełło-Mazurkiewiczowa gubi oczko i upuszcza igłę, a pani Palińska woła o ciszę, bo zdaje się, że złapała operetkę budapesztańską.
W dzień artyści rozpryskują się po okolicy. Niektórzy żałują, że Pałac Aktora nie posiada łódki, ponieważ nęci ich przejażdżka po burzliwych wodach Jeziorki. Kto wie, może na przyszły rok otrzymają kajak, albo motorówkę, od jakiego wielbiciela teatru. Królikowskiemu zapisała w testamencie kilka tysięcy rubli pewna pani „przez wdzięczność za doznane dzięki niemu wzruszenia”. Może jaki bogaty teatroman, rozpromieniony na sztuce np. Zabłockiego, ofiaruje artystom mały jacht, nazywający się np. „Fircyk w zalotach”.

Na tarasie pałacyku Skolimowskiego. Wśród gości – Jerzy Leszczyński
 z małżonką, p. Pancewiczową, Mariusz Maszyński z rodziną,
 Zabiełło-Mazurkiewiczowa, Pawłowski, Stanisławski i W. Grubiński.

 F
ot. Jan Malarski

Po pamiętnej burzy Elsynor otrzymał dwa piorunochrony. W ogrodzie, zresztą, nie zanotowano ani jednego złamanego drzewka, bo co prawda, jak już wspomniałem, jest to jedyny ogród w Polsce, pozbawiony cienia. Nad tym właśnie debatował ostatnio pan prezes Śliwicki z panem Pawłowskim, po czym zakupiono w lesie kabackim trzysta pięćdziesiąt świerków, które otoczą Dom Aktora zwartą nieprzeniknioną ścianą.
W każdym razie już dzisiaj można powinszować artystom scenicznym tego obszernego gmachu śród pól, nad rzeczką, w sąsiedztwie iglastego lasu, jako miejsca, dokąd może przyjechać choćby na kilkodniowy rzetelny wypoczynek zmęczona „Kobieta, która zabiła”, sfatygowany „Otello”, albo „szczęśliwy Franio”. Po maleńkim przesileniu na stanowisku gospodyni i pod czujnym okiem legata ZASPu, p[ana] Jana Pawłowskiego, wpadającego tutaj często, niespodziewanie, a lubiącego wszędzie zajrzeć, wszystko sprawdzić, o wszystko zapytać, tudzież umiejącego miejscowych  funkcjonariuszy natchnąć zamiłowaniem do wydajnej pracy, Elsynor skolimowski szczyci się wyborna kuchnią, uprzejma służbą i stale zwiększającym się komfortem. Jest tam tak wygodnie i przyjemnie, że np. pan dyr[ektor] Józef Kotarbiński po odbytej kuracji w Truskawcu[6] przybył z małżonką do Skolimowa i w ciszy nadjeziorańskiej spisuje pamiętne dla historii teatru krakowskiego dzieje swojej w tym teatrze kierowniczej działalności.
Tutaj odprężają się nerwy, tutaj jest rano kąpiel słoneczna, tutaj nie ma polityki …

Wacław Grubiński



zdjęcia z pisma "Świat" znanego warszawskiego fotografa Jana Malarskiego (1883-1959)




[1] Luc de Clapiers markiz Vauvenargues (6.08.1715 r. -  28.05.1747 r.) francuski  dyplomata i oficer. Rozgłos i sławę zdobył opublikowanym w 1746 r. zbiorem aforyzmów i maksym.
[2] Wacław Preker (1869-1936) właściciel majątku Skolimów.
[3] Zamek Kronborg w duńskim mieście Helsingor – nazwany przez Szekspira  „Elsynor”.
[4] Pola Negri.
[5] Miejscowość w francuskich Pirenejach.
[6] Truskawiec, jedno z najlepszych uzdrowisk II Rzeczypospolitej, leżące 90 km od Lwowa.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Gdańsk 1652


W 1652 roku, po siedmiu latach pobytu w Polsce, wraca do Włoch urzędnik nuncjatury Giacomo Fantuzzi. Trasa jego podróży wiedzie przez Pomorze, północne Niemcy, Holandię, Belgię, Niemcy południowe, Tyrol. W jego diariuszu podróży można znaleźć wiele interesujących spostrzeżeń dotyczących terenów dzisiejszej Rzeczypospolitej. Wybrałem trzy z nich.


Z Warszawy wyruszyłem przeto we wtorek, 22 maja 1652 roku po obiedzie, w okrutny upał […] Noc przyszło nam spędzić w wiosce nad Wisłą, przez którą nazajutrz rano przeprawiliśmy się łodzią, a była ona bardzo duża. Na obiad [29 maja] dotarliśmy do Gdańska, miasta słynnego jako jedno z czterech głównych emporiów handlowych Europy […]


Widok Gdańska z Biskupiej Górki. Pieter van der Aa, ok. 1700 r.

Gdańszczanie okazują więcej grzeczności cudzoziemcom niż Polakom, których śmiertelnie nienawidzą, są jednak bardzo interesowni, chciwi wszelkiego dobra i zysków. Za pomocą takiej polityki uzależnili od siebie wszystkich Polaków, którzy swe dobra muszą z konieczności przez ręce gdańszczan kierować, jako że nie mają oni innego miejsca, w którym by sprzedawać i zbywać mogli [swoje towary], jak tylko spławiając je corocznie Wisłą do Gdańska i ci to gdańszczanie ustalają wedle własnego uznania ceny na wszystkie zboża i pasze, którymi bez trudu jakiegokolwiek i ryzyka handlują. A to dlatego, że Polacy przywożąc zboża do Gdańska mogą je sprzedawać jedynie gdańszczanom, ci zaś, zanim wypłacą im należność w gotówce, odsprzedają je obecnym tam kupcom holenderskim lub flamandzkim. W ten sposób płacą Polakom tymi samymi pieniędzmi, które otrzymali byli od owych Holendrów, dla siebie zachowując nadwyżkę i nic przy tym nie ryzykując. A ponieważ całe polskie zboże tam dociera, można sądzić, że zyski ich są ogromne, a przez to oni sami bardzo bogaci, dzięki zaś zręcznej polityce nie dopuszczają do tego handlu nikogo obcego i rozdzielają między siebie wszystkie stanowiska i urzędy tak honorowe, jak i dochody przynoszące.
Zatem główne bogactwo gdańszczan pochodzi przede wszystkim z handlu zbożem i paszami, które kupując od Polaków i wysyłają do Holandii, a także winami, które z Hiszpanii, z Francji i znad Renu sprowadzają, oraz korzeniami i przyprawami, które potem po Polsce rozprowadzają. 
[…] pozostałem tam [w Gdańsku] do wtorku 4 tego miesiąca [czerwca]. […]

Widok Koszalina z mapy Lubiniusa 1610-1618

Noc spędziliśmy w Sianowie, w zamku murowanym, bardzo podupadłym, nie opodal którego również był przepiękny las dębowy.

W niedzielę rano, dziewiątego [czerwca], przejeżdżaliśmy o świtaniu przez bór straszliwy, pięć czy sześć mil się ciągnący, gdzie widzieliśmy trzydzieści sześć martwych ciał ludzi zamordowanych przez Szwedów w czasie wojny. Ciała te pogrzebane były w ziemi, przykryte wielkimi stosami suchych gałęzi i przywalone do tego kamieniami, jako że w owym kraju jest zwyczaj, iż kto mija ciało zamordowanego, rzuca nań czy to kamień, czy to gałąź drzewa; a że były one w wielu miejscach w borze przy głównej drodze, a las był ciemny i gęsty, niemało strachu się najedliśmy […] Bór ów leży u podnóża łysego pagórka, zwanego w tutejszym języku Kollimberg, zaraz za nim przejeżdża się przez Koszalin […]

Widok Szczecina Mattheusa Meriana z 1652 r.

Wieczorem  [11 czerwca] na czas przybyliśmy do Szczecina, głównego miasta Pomorza, dawniej siedziby tutejszych książąt. […] Jest zwyczaj w tutejszych gospodach (jak to potem widziałem również w Holsztynie i w Holandii) trzymać obok stołu zamknięta skarbonkę, do której wrzuca się kary i grzywny pochodzące od tych, co się przy stole przystojnie nie zachowują, sąsiada obrażają, słów nieprzystojnych używają lub innych jakichś wykroczeń się dopuszczają, a drukowany spis owych zachowań karze podległych w sali jadalnej się przechowuje. Kary te bez zwłoki i odwołania egzekwuje oberżysta, który w tych stronach zazwyczaj jada wraz z żoną przy jednym stole z gośćmi, jako że gospody prowadza tylko osoby grzeczne i w obejściu uprzejme, które bardzo dobrze przyjezdnych przyjmują. Używane tam talerze i kubki z flandryjskiej cyny utrzymują tak czysto, że wydają się one ze srebra.[…]


Giacomo Fantuzzi, Diariusz podróży po Europie (1652), Warszawa 1990 r., s. 49, 55, 59 [tł. Wojciech Tygielski]