wtorek, 26 lipca 2016

Warszawa 1946

Na podwarszawskim targu kupiłem stary album ze zdjęciami nieznanej mi belgijskiej rodziny. Wśród kart, nie do końca pełnego albumu, znalazł się fragment gazety. Już miałem go wyrzucić, gdy zorientowałem się, że jedno z prezentowanych tam zdjęć przedstawia Warszawę. Po chwili wiedziałem już, że tych zdjęć jest więcej. Konkretnie dwanaście. Nasuwało się pytanie: co to za gazeta i co to za materiał ? Trochę to trwało nim się wszystko wyjaśniło.
Cztery strony będące w moim posiadaniu, były fragmentem gazety "Le Patriote Illustre" (numer 4 z 22 stycznia 1947 r.). Artykuł nosił tytuł  "Pologne: Ci-Git, Varsovie... La 1 ville-cimetiere d'Europe". Niestety artykuł był bez pierwszej strony, i przez to, jak się zorientowałem, było brak trzech zdjęć. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione w końcu 1946 r. i niestety nie są dokładnie opisane.

Kierowanie ruchem na niezbyt "zatłoczonej" ulicy
Kobiety przy odśnieżaniu ulic stolicy
Jeńcy niemieccy idą do pracy.
W tyle widać szyld "Paszteciarnia Zosieńka. Śniadania - Obiady - Kolacje"
Stoisko z wędlinami na Koszykach
Sprzedaż świeżego pieczywa na jednej z ulic stolicy


Może koledzy ze strony "Warszawska Identyfikacja" rozszyfrują miejsca przedstawione na tych wybranych zdjęciach.

wtorek, 19 lipca 2016

Skolimowski szpital polowy w 1939 r.

Po umieszczeniu tydzień temu informacji o szpitalu w Skolimowie, spotkała mnie niespodzianka. Okazało się, że w moich zbiorach znajduje się relacja o skolimowskim szpitalu polowym.

Jeziorka w Skolimowie. Zdjęcie ze strony muzeumkonstancina.pl

Jej autorka Wanda Wysocka-Zemło, przed wojną mieszkała z rodziną w willi "Wacławówka" na ul. Rycerskiej róg Oborskiej. 
Wspomnienia "Szpital polowy w Skolimowie w 1939 r." (12 stron) napisała w 1983 r. na prośbę brata, członka komisji historycznej środowiska 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Autorka wspomnień zmarła w 1985 r.

[...] Spałam po 3, 4 godziny na dobę. Jadłam stojąc często zasypiając z kawałkiem pożywienia. Nikt nie rozbierał się do snu i ja także.
Tak zachowywały się i inne dziewczyny pracujące przy rannych. Po tym nawale było trochę luzu i nagle znowu cała masa rannych.
Tym razem przywożono nam żołnierzy polskich z ochotniczych batalionów prezydenta Starzyńskiego - z fortów Czerniakowa. Bohaterskich chłopców - ochotników powoływanych przez apele niestrudzonego w obronie Warszawy jej Prezydenta. Niemcy po zaciętej walce do upadłego, często do walki wręcz, do zwalenia z nóg - pobitych, rannych z miejsc zdobytych odsyłali do szpitala. Najbliższym Czerniakowa był Skolimów. Ranni milczeli, mimo bólu, głodu, pragnienia, gorączki. Byli jeszcze w szoku bitewnym, pełni jakiejś godności i zapamiętania walki, którą do końca swych możliwości wykonali. Pierwsze ich słowa były przeważnie pytaniem: "Pani! czy Warszawa się jeszcze broni? powiedźcie nam, my z Czerniakowa". Później sypał się grad przekleństw na Hitlera i Niemców. Wielu przestawało mówić w pół zdania z wyczerpania. Tym trzeba było dać najpierw pić i jeść. Przeważnie rannymi zajmowała się moja siostra Krystyna (obecnie Kremlewska, zamieszkała obecnie w Skolimowie).
Na prośby rannych, wycyganiłam od doktora papierosy, wydostałam także nową porcję opatrunków, które pochodziły z Radomia, podobnie jak i papierosy. [...]


Warto wspomnieć, że szpital mieścił się w willi Borzuchowskich "Corso" przy ul. Chylickiej i Prusa. Willę wynajmowała wcześniej "Rodzina Wojskowa" na kolonie dla dzieci.

wtorek, 12 lipca 2016

Skolimów w 1939 roku

Jest wrzesień 1939 r. Okrążona Warszawa walczy z napierającymi oddziałami niemieckimi. Od południa, od strony Wilanowa pozycji broni 360 pułk piechoty. Walki te opisuje Wit Gawrak[1]. W trakcie walk na Sadybie Oficerskiej zostaje ranny i dostaje się do niewoli niemieckiej. Stąd został przewieziony do Skolimowa.

Wit Gawrak na Forcie Czerniakowskim we wrześniu 1939 r.

[...] W przyfrontowym szpitaliku w Skolimowie, obsługiwanym przez polski personel, lecz nadzorowanym już przez Niemców, dotarły do nas ostatnie wieści. W kilka dni po krwawym odwrocie z Sadyby Oficerskiej stolica skapitulowała. [...] Szpital przyfrontowy - zatłoczony ponad miarę przedsionek śmierci - krzyki konających w agonii, woskowoblade twarze sióstr zakonnych, zasuwających bezszelestnie białe parawany wokół umierających, słodkawy zapach jodoformu, mieszany z odorem ropiejących ran, to znają wszystkie szpitale wojenne. Osobliwością naszego szpitala był drastyczny brak medykamentów, krwi do transfuzji, kroplówek, elementarnych środków w walce ze śmiercią. [...] Nie było wprawdzie zbawczej transfuzji, nie brakło natomiast religijnej terapii. [...] siostra szpitalna niosąc pleciony talerz, pełen świeżych jabłek zerwanych w sadzie otaczającym szpitalne domki [...] zjawiła się niebawem w asyście trzech naszych lekarzy [...] Kontakty między rannymi w szpitalu i światem zewnętrznym zapewniała osobistość znana ówczesnej Warszawie, żona byłego premiera, doktor Świtalska. [...] wojna zastała ją w Skolimowie i teraz kiedy sytuacja zaczynała powoli się klarować się, nawiązywała kontakty z Warszawą i przemycała z niej aktualne wiadomości. [...] Wehrmacht nie omieszkał zaanonsować wkrótce swego zwierzchnictwa nad szpitalem, wprowadzając bezpośredni dozór podoficerów nad każdą z sal. [...] Wieczorem pojawił się w naszej sali ogorzały, leciwy kapral Wehrmachtu, jeden z tych, którzy mieli nadzorować rannych jeńców [...] Pochodził, jak się okazało, z Bawarii [...] Lecz jeśli nam dopisał szczęśliwy traf, na innych salach szpitalnych dyżurni Wehrmachtowcy mrozili nastrój typowym pruskim drylem. [...] Wehrmacht komasował tymczasem rozrzucone po całym terenie wojennym obiekty w wielkie i jak się okazało śmiercionośne kombinaty szpitalne. Mieliśmy zostać wcieleni do jednego z nich, w każdym razie taką informację przemyciła nam doktor Świtalska. [...] Ewakuację zarządzono niespodziewanie któregoś dnia pod wieczór. Niespodziewanie, jeśli idzie o porę transportu rannych, albowiem miano ich ewakuować nocą. Szosy i drogi były zarezerwowane wyłącznie dla wojsk niemieckich, wieziono więc nas niewiarygodnymi wertepami. Sanitarki przypominały kutry miotane sztormem. Odległość ze Skolimowa do Łowicza - około 100 kilometrów - pokonywano prawie całą noc. [...]

[Wit Gawrak, W batalionie robotniczym. Wspomnienia, Warszawa 1971, s.97-109]

Dowództwo 1 kompanii Batalionu Ochotniczego im. Ordona 
na Forcie Czerniakowskim. Z przodu, pierwszy z lewej dowódca kompanii 
por. rez. Stefan Górski, drugi Stasiak.Stoją od lewej: podoficer służbowy plutonu, 
podoficer sanitarny,Wit Gawrak, por. Pałyska z 360 pp, podchor. ze Szkoły Sanitarnej



[1] Wit Gawrak urodził się 20 maja 1916 r. Ukończył Uniwersytet Jagielloński. Był członkiem Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej - Lewicy. Od wiosny 1939 r. pracował w Spółdzielni "Grupa Techniczna" w Warszawie. We wrześniu 1939 r. brał udział w obronie Warszawy w szeregach Batalionu Ochotniczego im. Ordona (V batalion 360 pp). Walczył na Sadybie. Ranny dostał się do niewoli. Przebywał w licznych szpitalach (m.in. Skolimów, Łowicz, Łodzi, Szpital Ujazdowski). Walczył w powstaniu warszawskim. Zmarł 12 października 1985 r.

wtorek, 5 lipca 2016

"Samotnia" Miriama w Piasecznie

Nie od dzisiaj wiemy, że władza często ma obywateli w głębokim poważaniu. Ale nie jest to choroba XXI wieku. Drzewiej bywało podobnie. Dla przykładu przypadek znanego krytyka literackiego Miriama, który nieopacznie postawił swój ogród na terenie, który upatrzyła sobie władza.



Zenon Franciszek Przesmycki, krytyk literacki i artystyczny okresu Młodej Polski, urodził się 22 grudnia 1861 r. w Radzyniu Podlaskim. W latach 1901-1907 redagował literacko-artystyczne pismo "Chimera" w duchu hasła "ars pro ars". Używał pseudonimów literackich "Miriam", "Jan Żagiel".


Zenon Przesmycki. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org



W 1910 r. Przesmycki procesował się z kolejką wilanowską o grunt położony na granicy Skolimowa i Piaseczna[1]. Jego sprawę nagłośnił warszawski "Świat" (nr 20 z 14 maja 1910 r.). Dzień wcześniej fragment tego teksu - za zgodą redakcji "Świata" - opublikował "Kurier Warszawski" (nr 131 z 13 maja 1910 r.).



Tydzień później ten sam fragment ukazał się w lubelskim "Kurierze" (nr 112 z 20 maja 1910 r.).


Poniżej prezentują pełen tekst autorstwa Demil'a poświęcony tej sprawie: "Przygody kulturalnego człowieka pod Piasecznem"



Miriam, wykwintny poeta, mąż inicyatywy i czynu, człowiek, któremu przez lat dziesięć udawała się realizować Chimerę, powziął przed kilku laty ideę osiedlenia się pod Piasecznem. Możecie mu jej winszować, ale strzeżcie się jej zazdrościć. Miriam się napatrzył w długim pobycie swoim za granicą różnych eleganckich Ermitage’ów, jakie tworzą sobie francuscy, belgijscy i angielscy pisarze i artyści – zabrał się do stworzenia sobie podobnej „Samotni”. Niestety – pod Piasecznem. Zaczął więc dogadzać mazowieckiemu piaseczkowi, jakby to była piękna kobieta, na względach której poecie by zależało na równi ze szczęściem. Sprowadzał gruszki z Normandyi, róże z pod Lyonu, jabłka z Ameryki, maliny z Anglii. Hodował, ochraniał, podlewał, przycinał. Aż i uczynił „Samotnię” swoją tak wykwintnem schroniskiem, że budziło ono podziw okolicznych mieszkańców. Gdy kwiaty się zabarwiły w „Samotni”, ludzie stawali ździwieni, myśląc, że to kawałek Francyi spadło pod Piaseczno. A gdy owoce zawisły na gałęzi drzew, zachwyt różnych sąsiadów Miriama dochodził do takiego entuzyazmu, iż zabierali sobie nieraz na pamiątkę gruszki i jabłka, i to z całemi gałęziami. A Miriam zwykle dopiero w pare godzin po tym akcie uznania, przy rannej przechadzce po ogrodzie, konstatował, jakim jego pomologiczne studia cieszą się powodzeniem. 


"Samotnia" Miriama otwarta gościnnie dla każdego przechodnia


Miał jednak nasz kolega jednego złego sąsiada, ale to prawdziwe zło. Tym była kolejka Wilanowska. Ponieważ tej kolejce potrzebnem było trochę „Samotni” Miriama na rozszerzenie linii i budowę kanału, udała się ona o pomoc do władz administracyi, uważając, iż najkrótsze drogi są najlepsze – czego dyrektorom tej szacownej instytucyi pochwalić nie można, albowiem drogi okólne, jako stosujące taryfę przez czas dłuższy, są bezwarunkowo dochodniejsze. 

I stało się, że pewnego razu pan naczelnik powiatu warszawskiego każe Miriamowi odsunąć płot „Samotni” trochę wgłąb, żeby kolejce było wygodniej. 

Miriam woła: 

– A prawo własności?! 

(Co za wstrętny burżuj?! A redagował Chimerę i to przez lat dziesięć!) 

P. naczelnik więc podaje Miriama do sądu. Jego i sąsiadów. Sąd przyznaje racyę sąsiadom, nie panu naczelnikowi. Idzie apelacya. Zjazd „mirowy” mówi to samo, co wyrzekł sędzia gminny. 
Miriam zaciera ręce i, szczepiając nowe róże, myśli sobie: 
– Są sędziowie i w Piasecznie. 
Ale krótką ma radość. 

Ogród Miriama, ogołocony z płotu na rozkaz naczelnika powiatu

Ten sam p. naczelnik powiatu warszawskiego, przegrawszy sprawę o drogę w dwóch instancyach sądowych, nagle spostrzegł… że sprawy drogowe nie należą do sądu. 
Nowy papier. Nowe żądanie. Nowy termin. Miriam musi usunąć swój płot z gruntu, potrzebnego koniecznie kolejce wilanowskiej, a gdyby tego nie chciał posłuchać, ma apelować w ciągu miesiąca do urzędu gubernialnego. 
Miriam, trwając w swoich obrzydliwych burżuazyjnych uczuciach własności, powiada sobie: 
– Apeluję! 
Ale zanim mógł tego dokonać, spada nań katastrofa, która dopiero wykazała mu cały nierozum sprowadzania pod Piaseczno róż z Lyonu, a malin z Anglii. Jeszcze było dwadzieścia cztery dni do upływu terminu apelacyjnego, gdy ogrodnik donosi Miriamowi wesołą nowinę: 

Pan wójt rozwalił płot "Samotni" Miriama

– Proszę pana, nasz płot rozbierają. 
Miriam groźnie pyta: 
– Kto? 
– Wójt. 
– Sam? 
– Z kolejowymi robotnikami. 
Właściciel „Samotni” pędzi do swojego płotu. 
– o wy robicie, ludzie? – woła. 
– Pan nocelnik kazał i juz! – odpowiada wójt.
Nie upłynęło godziny, kiedy „Samotnia” naszego poety została odsłonięta gościnnie na wszystkie żywioły. Pan wójt tak się nawet rozochocił, że zamiast rozebrać płot na długości 34 sążni, wymaganych przez władze powiatową, machnął za jednym zamachem cały płot frontowy z końca w koniec, a wiec 125 sążni. Przyczem robotnicy kolejki wilanowskiej pracowali z taka sprawnością, jakiej nigdy nie okazywali, gdy szło o zbudowanie albo zreperowanie czego bądź. 
Zadumał się wiec Miriam. 

Kolejka wilanowska kopie rowy w ogrodzie Miriama

– Sądziłem – śni obecnie – że władze istnieją na to, aby ochraniać moję pracę i dawać protekcye owocom moich mozołów. Jakże się gorzko myliłem! Władze rozszarpały mi płot na cały froncie, choć lepiej jeszcze odemnie wiedzą one, jak niepewną jest okolica, otworzyły one mój ogród, moje gospodarstwo, moje zabudowania, prowokując wszelką złą wolę ludzi, mających więcej odwagi, aniżeli pracowitości. 
I chodzi Miriam wzdłuż rozwalonego płotu, ogląda swoje wiśnie angielskie, którym siekiera barbarzyńców poobcinała korzenie, przypatruje się rowom, które robotnicy kolejowi pospiesznie ryją na jego ogrodzie. 
I duma. 
Ale to jest jego wina przecie. Po co obsadzał cennemi drzewami grunt, kiedy… sasiaduje z takim okazem kultury, jak kolej wilanowska. 

Demil. 

[„Świat” nr 20 z 14 maja 1910 r., zdjęcia z tego numeru "Świata"]

[1] W 2013 r. na facebook'owej stronie "Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura" wspomniano sprawę "Samotni" Miriama. Jej autor przypomniał ją ponownie w marcu 2016 r. na forum strony "konstancin.com".