Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolejka Wilanowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolejka Wilanowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 września 2018

Stacja Chylice 1927 r.

Zapewne część osób odwiedzając Konstanciński Dom Kultury "Hugonówka" zauważyło, że prezentowana tam jest wystawa prac konkursowych studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej wykonanych pod kierunkiem dr architekta Grzegorza Rykiela. Na kilkunastu planszach i jednym modelu pokazali oni projekty adaptacji dawnej parowozowni w Chylicach. 


Na planszach pokazano wiele zdjęć historycznych, rysunków, przekrojów itd. Mnie zainteresowało, że tylko jeden projekt wspomina, że budynek parowozowni posiadał wieżyczkę.
Widoczna ona była jeszcze na zdjęciu lotniczym z 1958 r.


Niestety młodzi architekci nie mieli materiału, który pozwoliłby im na zobrazowanie tego elementu budynku.
A tak wyglądała stacja (parowozownia) Chylice - z wieżyczką - w 1927 r.:


Jakby zdjąć daszek przypomina mi to trochę wieżyczkę, która znajduje się na budynku OSP Skolimów (pomińmy elementy techniczne).


wtorek, 1 sierpnia 2017

Pierwsza katastrofa kolejki wilanowskiej - 1900 r.

Śledząc historię warszawskich kolejek wąskotorowych, można zauważyć, że kolejka wilanowska miała najmniej wypadków kolejowych. Najczęściej były to czołowe zderzenia lub wykolejenia. Już w 1895 r. o mało nie doszło do zderzenia pociągu konnego z parowym. Tylko dzięki reakcji maszynisty udało się uniknąć wypadku. Bogdan Pokropiński w swojej publikacji "Kolej wilanowska" odnotowuje pierwszy wypadek na kolejce wilanowskiej 5 lipca 1914 r., kiedy to zderzyły się czołowo dwa pociągi.
Jednak pierwszy wypadek zdarzył się czternaście lat wcześniej.



Była sobota 23 marca 1900 r. Ze stacji Warszawa wyruszył opóźniony pociąg osobowy Nr 12 w kierunku Piaseczna, złożony z trzech wagonów osobowych i jednego towarowego. Spokojnie dojechał do stacji Wilanów, którą opuścił o godzinie 10.30. Po przejechaniu około pół kilometra na łuku za Wilanowem maszynista Łubiński spostrzegł, że z naprzeciwka jedzie pociąg towarowy wiozący w 12 wagonach cegłę z Jeziorny. Również maszynista pociągu towarowego Antoni Dąbrowski zauważył zbliżający się pociąg osobowy. W tym momencie maszyniści obu pociągów dali kontrparę. Niestety było już za późno. Kontrpara zmniejszyła tylko siłę uderzenia. W takiej sytuacji trudno zatrzymać wypełniony cegłą pociąg.

W wyniku zderzenia w pociągu osobowym pomocnik maszynisty Józef Roszkowski wypadł z lokomotywy, także konduktor Aleksander Rębalski wypadł z wagonu do przydrożnego rowu, a znajdująca się tam woda zamortyzowała skutki uderzenia. Drugi konduktor pociągu osobowego czterdziestopięcioletni Józef Lipowicz, widząc sytuację próbował uruchomić hamulec ręczny. W skutek uderzenia złamał nogę. W pociągu towarowym maszynista Antoni Dąbrowski także wypadł z lokomotywy i doznał kontuzji, a jego pomocnik Walenty Ochman ogólnych potłuczeń.

Oba parowozy miały nieznaczne uszkodzenia: towarowy zgnieciony przód, osobowy pognieciony tender i bufory. Trzy wagony osobowe wypadły z szyn, dwa z nich uległy poważnemu uszkodzeniu. Miały połamane szczyty i strzaskane bufory. Pięć wagonów z cegłą także wypadło z torów.

Wagon zimowy firmy Orenstein&Koppel z 1895 r.

Na miejsce wypadku wysłano specjalny pociąg (parowóz i jeden wagon). Przybył nim doktór Jędrzejewski z Wojtówki i felczer Goldberg z Belwederu. Opatrzyli oni na miejscu 15 poszkodowanych. Wśród nich była kobieta ze Skolimowa "osoba z inteligencji". Wracała właśnie z Warszawy od lekarza. Przed trzema tygodniami złamała rękę. W trakcie uderzenia doznała kontuzji głowy i nogi oraz potłuczenia klatki piersiowej. Udała się w dalszą drogę powozem, który po nią przyjechał na miejsce wypadku. Z kolei "ziemianka" z Bielawy pani Rossman doznała ogólnych potłuczeń. 

Maszynistów i konduktora przewieziono do Warszawy i wezwano pogotowie. Po dokonaniu na miejscu opatrunków pozostawiono ich na miejscu, a tylko konduktora Lipowicza przewieziono do szpitala Dzieciątka Jezus na plac Warecki. Na stację przybył także prezes pogotowania hr. Przeździecki.

Na miejscu wypadku pojawił się dyrektor kolei wilanowskiej oraz naczelnik straży ziemskiej oddziału mokotowskiego w celu ustalenia przyczyn wypadku.

Konstancin, sierpień 1903 r.

Główną przyczyną wypadku było nietrzymanie się rozkładu jazdy. Pociąg osobowy był spóźniony, a maszynista pociągu towarowego nie był o tym powiadomiony. Zabrakło w tym wypadku odpowiedniej sygnalizacji.

wtorek, 11 lipca 2017

Trudny wybór - Skolimów czy Bielany?

Nastał czas urlopów... decyzji, pakowania, wyjazdu. Jedni jadą daleko, inni bliżej. Niestety część z nas musi zostać w miejskich murach. Ale na weekend można przecież wypaść gdzieś za miasto. Zawsze się tam coś dzieje. Gdzie? Trudny wybór... Ale to nic nowego, kiedyś też nie było łatwo..

Jest maj 1928 roku. Zajrzyjmy do warszawskiego mieszkania państwa Biedulskich i posłuchajmy ich rozmowy...

MAJÓWKA

Spadło to na Biedulskiego jak piorun z nieba, bo małżonka całkiem nieoczekiwanie zawołała:

– W niedzielę musimy się wybrać na majówkę! 
– Dlaczego? – zapytał zdumiony. 
– Po pierwsze przypadają Zielone Świątki, po drugie wszyscy nasi znajomi już byli poza 
miastem, tylko my...
– Tak ci pilno? 
– Więc kiedyż się mam wybrać? Może w listopadzie? Od tego jest przecież maj... 
– Chciałabyś pewno z dziećmi? – zapytał pełen lęku. 
– A jak myślałeś? Chyba dzieciom przede wszystkim taka majówka dobrze zrobi? 
– Więc dokąd?


Pasażerowie oczekujący na odjazd statku na Bielany
 przed przystanią "Vistula".  Maj 1932 r. Zdjęcie ze zbiorów NAC

– Najlepiej statkiem na Bielany.
– Co? – zawołał przerażony Biedulski. – Statek, tłok, woda, dzieci!... Ani mowy o tym! Chyba po moim trupie!
– Czemu?
– Nie chcę w takim tłoku szukać guza. Gdybyśmy byli sami, to jeszcze, ale z dziećmi... Przenigdy!
– W takim razie do Młocin – zaproponowała mu Biedulska. 
– Nie wspominaj mi o wodzie! – ryknął, wytrącony z równowagi.

– To może by kolejką?... Konstancin, Skolimów... Wszędzie teraz tak ładnie...
– Dziękuję uprzejmie... W zeszłym tygodniu był na takiej wycieczce nasz referent z żoną... Powrotną drogę do Warszawy przebył na przetłoczonej galeryjce wagonu, trzymając się kurczowo ręką daszka. Nazajutrz nie mógł piórem ruszyć...



– To pojedziemy do Jabłonny.
– W niedzielę, podczas takiej wycieczki, ledwo uszła z życiem nasza maszynistka biurowa.
– A co się stało?
– Szczęśliwie zdobyła siedzące miejsce, ale radość jej trwała krótko. Mimo protestów ktoś postawił na niej kuferek, na którym ulokowało się czworo dzieci. Możesz sobie wyobrazić...
– Już wyobrażam... To wybierzemy się koleją w kierunku Otwocka.
– Co??? Niedawno któryś z naszych kolegów został tam w tłoku doszczętnie okradziony. Nie czuł nawet, jak mu wycięto kieszeń.
– Więc podług ciebie nigdzie nie można jechać? Powinniśmy zrezygnować z majówki?
– Nie dziecko drogie... Ale jeśli ci tak na tym zależy, to zostaw mi trzy dni czasu.
– Na co?
– Abym się mógł dobrze zastanowić, która z tych wycieczek będzie mi się kalkulowała najprzystępniej pod względem utrapienia.

Aramis

"Kurier Warszawski" nr 144 z 25 maja 1928 r., s.6

wtorek, 5 lipca 2016

"Samotnia" Miriama w Piasecznie

Nie od dzisiaj wiemy, że władza często ma obywateli w głębokim poważaniu. Ale nie jest to choroba XXI wieku. Drzewiej bywało podobnie. Dla przykładu przypadek znanego krytyka literackiego Miriama, który nieopacznie postawił swój ogród na terenie, który upatrzyła sobie władza.

Zenon Franciszek Przesmycki, krytyk literacki i artystyczny okresu Młodej Polski, urodził się 22 grudnia 1861 r. w Radzyniu Podlaskim. W latach 1901-1907 redagował literacko-artystyczne pismo "Chimera" w duchu hasła "ars pro ars". Używał pseudonimów literackich "Miriam", "Jan Żagiel".

Zenon Przesmycki. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org 
W 1910 r. Przesmycki procesował się z kolejką wilanowską o grunt położony na granicy Skolimowa i Piaseczna[1]. Jego sprawę nagłośnił warszawski "Świat" (nr 20 z 14 maja 1910 r.). Dzień wcześniej fragment tego teksu - za zgodą redakcji "Świata" - opublikował "Kurier Warszawski" (nr 131 z 13 maja 1910 r.).


Tydzień później ten sam fragment ukazał się w lubelskim "Kurierze" (nr 112 z 20 maja 1910 r.).


Poniżej prezentuję pełen tekst autorstwa Demil'a poświęcony tej sprawie: "Przygody kulturalnego człowieka pod Piasecznem"


Miriam, wykwintny poeta, mąż inicyatywy i czynu, człowiek, któremu przez lat dziesięć udawała się realizować Chimerę, powziął przed kilku laty ideę osiedlenia się pod Piasecznem. Możecie mu jej winszować, ale strzeżcie się jej zazdrościć. Miriam się napatrzył w długim pobycie swoim za granicą różnych eleganckich Ermitage’ów, jakie tworzą sobie francuscy, belgijscy i angielscy pisarze i artyści – zabrał się do stworzenia sobie podobnej „Samotni”. Niestety – pod Piasecznem. Zaczął więc dogadzać mazowieckiemu piaseczkowi, jakby to była piękna kobieta, na względach której poecie by zależało na równi ze szczęściem. Sprowadzał gruszki z Normandyi, róże z pod Lyonu, jabłka z Ameryki, maliny z Anglii. Hodował, ochraniał, podlewał, przycinał. Aż i uczynił „Samotnię” swoją tak wykwintnem schroniskiem, że budziło ono podziw okolicznych mieszkańców. Gdy kwiaty się zabarwiły w „Samotni”, ludzie stawali ździwieni, myśląc, że to kawałek Francyi spadło pod Piaseczno. A gdy owoce zawisły na gałęzi drzew, zachwyt różnych sąsiadów Miriama dochodził do takiego entuzyazmu, iż zabierali sobie nieraz na pamiątkę gruszki i jabłka, i to z całemi gałęziami. A Miriam zwykle dopiero w pare godzin po tym akcie uznania, przy rannej przechadzce po ogrodzie, konstatował, jakim jego pomologiczne studia cieszą się powodzeniem. 

"Samotnia" Miriama otwarta gościnnie dla każdego przechodnia
Miał jednak nasz kolega jednego złego sąsiada, ale to prawdziwe zło. Tym była kolejka Wilanowska. Ponieważ tej kolejce potrzebnem było trochę „Samotni” Miriama na rozszerzenie linii i budowę kanału, udała się ona o pomoc do władz administracyi, uważając, iż najkrótsze drogi są najlepsze – czego dyrektorom tej szacownej instytucyi pochwalić nie można, albowiem drogi okólne, jako stosujące taryfę przez czas dłuższy, są bezwarunkowo dochodniejsze. 

I stało się, że pewnego razu pan naczelnik powiatu warszawskiego każe Miriamowi odsunąć płot „Samotni” trochę wgłąb, żeby kolejce było wygodniej. 

Miriam woła: 

– A prawo własności?! 

(Co za wstrętny burżuj?! A redagował Chimerę i to przez lat dziesięć!) 

P. naczelnik więc podaje Miriama do sądu. Jego i sąsiadów. Sąd przyznaje racyę sąsiadom, nie panu naczelnikowi. Idzie apelacya. Zjazd „mirowy” mówi to samo, co wyrzekł sędzia gminny. 

Miriam zaciera ręce i, szczepiając nowe róże, myśli sobie: 
– Są sędziowie i w Piasecznie. 
Ale krótką ma radość. 

Ogród Miriama, ogołocony z płotu na rozkaz naczelnika powiatu

Ten sam p. naczelnik powiatu warszawskiego, przegrawszy sprawę o drogę w dwóch instancyach sądowych, nagle spostrzegł… że sprawy drogowe nie należą do sądu. 
Nowy papier. Nowe żądanie. Nowy termin. Miriam musi usunąć swój płot z gruntu, potrzebnego koniecznie kolejce wilanowskiej, a gdyby tego nie chciał posłuchać, ma apelować w ciągu miesiąca do urzędu gubernialnego. 
Miriam, trwając w swoich obrzydliwych burżuazyjnych uczuciach własności, powiada sobie: 
– Apeluję! 
Ale zanim mógł tego dokonać, spada nań katastrofa, która dopiero wykazała mu cały nierozum sprowadzania pod Piaseczno róż z Lyonu, a malin z Anglii. Jeszcze było dwadzieścia cztery dni do upływu terminu apelacyjnego, gdy ogrodnik donosi Miriamowi wesołą nowinę: 

Pan wójt rozwalił płot "Samotni" Miriama

– Proszę pana, nasz płot rozbierają. 
Miriam groźnie pyta: 
– Kto? 
– Wójt. 
– Sam? 
– Z kolejowymi robotnikami. 
Właściciel „Samotni” pędzi do swojego płotu. 
– o wy robicie, ludzie? – woła. 
– Pan nocelnik kazał i juz! – odpowiada wójt.
Nie upłynęło godziny, kiedy „Samotnia” naszego poety została odsłonięta gościnnie na wszystkie żywioły. Pan wójt tak się nawet rozochocił, że zamiast rozebrać płot na długości 34 sążni, wymaganych przez władze powiatową, machnął za jednym zamachem cały płot frontowy z końca w koniec, a wiec 125 sążni. Przyczem robotnicy kolejki wilanowskiej pracowali z taka sprawnością, jakiej nigdy nie okazywali, gdy szło o zbudowanie albo zreperowanie czego bądź. 
Zadumał się wiec Miriam. 

Kolejka wilanowska kopie rowy w ogrodzie Miriama

– Sądziłem – śni obecnie – że władze istnieją na to, aby ochraniać moję pracę i dawać protekcye owocom moich mozołów. Jakże się gorzko myliłem! Władze rozszarpały mi płot na cały froncie, choć lepiej jeszcze odemnie wiedzą one, jak niepewną jest okolica, otworzyły one mój ogród, moje gospodarstwo, moje zabudowania, prowokując wszelką złą wolę ludzi, mających więcej odwagi, aniżeli pracowitości. 
I chodzi Miriam wzdłuż rozwalonego płotu, ogląda swoje wiśnie angielskie, którym siekiera barbarzyńców poobcinała korzenie, przypatruje się rowom, które robotnicy kolejowi pospiesznie ryją na jego ogrodzie. 
I duma. 
Ale to jest jego wina przecie. Po co obsadzał cennemi drzewami grunt, kiedy… sasiaduje z takim okazem kultury, jak kolej wilanowska. 

Demil. 

[„Świat” nr 20 z 14 maja 1910 r., zdjęcia z tego numeru "Świata"]

[1] W 2013 r. na facebook'owej stronie "Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura" wspomniano sprawę "Samotni" Miriama. Jej autor przypomniał ją ponownie w marcu 2016 r. na forum strony "konstancin.com".