wtorek, 31 maja 2016

Jan Lacheta - "Empress of Canada"


   O Janie Lachecie na stronie listakrzystka.pl, poświęconej personelowi Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii w latach 1940-1947, zapisano: urodził się 9 stycznia 1919 r. w Wędryni (Czechy), nr służbowy RAF 705542, stopień RAF F/Sgt, stopień PSP st. sierżant, specjalność bombardier. I stwierdzono, że brak pozostałych informacji.

Jan Lacheta. Zdjęcie z kolekcji 
Koła Polskich Kombatantów w Republice Czeskiej
Możemy to uzupełnić. Jan Lacheta był pracownikiem poczty na Zaolziu. Po kampanii wrześniowej 1939 r. dotarł do Syrii. Służył w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich. Odbył kampanię libijską (Tobruk, Gazala). 21.04.1943 r. trafił do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Po przeszkoleniu awansowany do stopnia sierżanta (lotnik). Powrócił do Wędrni 13 maja 1947 r. Uhonorowany polskimi i brytyjskimi odznaczeniami, m.in. Krzyżem Walecznych.
   Ciekawie przedstawiała się jego droga do Wielkiej Brytanii. Personel wojskowy ze Środkowego Wschodu do Anglii był kierowany drogą okrężną przez Indie i Południową Afrykę. Grupa ochotników polskich pod dowództwem por. Janusza Trojanowskiego, liczyła w transporcie do Polskich Sił Zbrojnych 250 ludzi:10 podoficerów, 215 żołnierzy, 25 kobiet ochotniczek. Wśród nich był Jan Lacheta ochotnik do Polskich Sił Powietrznych. Transport opuścił Irak 25 listopada. Po jednomiesięcznym pobycie w Karachi, i kilku dniach w Bombaju grupa dotarła 22 lutego 1943 r. do portu Durban w Afryce Południowej. Tu 1 marca została zaokrętowani na statek „Empress of Canada”.


"Empress of Canada". Zdjęcie ze strony searcharchives.vacouver.ca
Jan Lacheta w krótkich wspomnieniach opublikowanych w niskonakładowej książce "Jak ptaki białoorle" wydanej w Czeskim Cieszynie w 1999 r. tak opisuje dramatyczną podróż przez ocean. [...] Późnym wieczorem, 13 marca 1943 roku przepłynęliśmy równik. Neptun szalał. O zmroku miałem w zwyczaju zasiadać z kolegą do gry w szachy. Około północy skończyliśmy. W momencie, kiedy wchodziłem do łazienki, usłyszałem głuchą detonację. Odniosłem wrażenie, że trafiliśmy na minę głębinową. Postanowiłem udać się na pokład, żeby zobaczyć, co się dzieje, lecz w połowie drogi zawróciłem, ponieważ syrena ogłosiła alarm. Wyrwani ze snu koledzy już się ubierali i śpiesznie, choć bez paniki, kierowali się na pokład. Okręt przechylił się na prawą burtę, ale wciąż statecznie parł do przodu. 


Na pokładzie "Empress of Canada". Styczeń 1940 r. 
Zdjęcie ze strony en.wikipedia.org
Okazało się, że nie my trafiliśmy na minę, lecz nas trafiono torpedą. Kapitan wydał właśnie rozkaz opuszczenia okrętu. Kiedy już dotarliśmy do naszej łodzi ratunkowej, pojawił się polski oficer z prośbą, abyśmy ją odstąpili Polkom, ponieważ akurat ich łódź została uszkodzona przez torpedę. Oczywiście zgodziliśmy się, ja nawet bardzo chętnie. Czułem się bezpiecznie. Okręt jak mi się zdawało, płynął wciąż równo naprzód. Panie się załadowały i ich łódź została sprawnie i spokojnie opuszczona na morze. Nasza jednostka sprawiała wrażenie stabilnej. Nie pochylała się więcej i byliśmy przekonani, że rano wszyscy zdrowi i cali powrócą na pokład. Na lewej burcie została jeszcze jedna tratwa, która po zluzowaniu nie opadła do morza. Kilkunastu żołnierzy bezskutecznie próbowało ją zsunąć. 
Na nasze nieszczęście, po 40 minutach od wybuchu torpedy nastąpiły dwie dalsze silne eksplozje. Teraz liczyły się minuty. Okręt zaczął się bardzo szybko przechylać na prawą burtę. Tratwa sama wpadła do morza. Ludzie wpadli w panikę. Skakali do wody, lecz z powodu nachylenia okrętu niewielu się to udało i większość lądowała na twardym boku burty. Ze zwojów lin wyłowiłem jedną i schodziłem po brzuchu statku jak po dachu. Lina była za krótka, więc w końcu skoczyłem do morza i szybko popłynąłem do tratwy. Tonięcie okrętu obserwowałem z bezpośredniej odległości. Zanurzał się powoli, dziobem w dół. W połowie drogi jakby się zawahał. Na moment. Po kilku sekundach coś nim wstrząsnęło, jakby przedśmiertne drgawki. Stanął sztorcem, pokazał potężne śruby okrętowe. Kiedy już nieodwołanie odchodził w nicość, morze się wzburzyło. Rano doliczyliśmy się 117 rozbitków, wśród nich Francuzki.


Short Sunderland z 95 Squadron RAF. Zdjęcie ze strony wikimedia.org
Na niemiłosiernie przeciążonej tratwie siedzieliśmy po piersi we wodzie. Łodzie ratunkowe były daleko. Przypłynęła motorówka i chciała nas holować do jednej z nich, niestety lina się zarwała. Zabrano tylko kobiety. Angielscy marynarze poinformowali, że z powodu niedostatku żywność i napojów powinniśmy ograniczyć jedzenie i picie. Trudno. Około południa nadleciał samolot z wiadomością[1] że pomoc jest w drodze. Czekamy. Było nam coraz bardziej ciasno, więc postanowiliśmy popływać. Skoczył jeden, drugi, trzeci... Ale zaraz zaczęto wołać, że należy wracać, bo w pobliżu są rekiny. Rzeczywiście, zauważyliśmy jakieś monstra, długość nawet 5 metrów, i natychmiast wróciliśmy na tratwę.
Następnego dnia na miejscu tragedii faktycznie pojawiły się rekiny. Napadały na ludzi znajdujących się w pasach ratunkowych w wodzie. Wyglądało to strasznie. Rekin porywał rozbitka za rękę lub nogę, głowa ofiary znikała na moment pod powierzchnią, a po chwili wynurzała się z przerażającym grymasem na twarzy. Człowiek żywcem pożerany! Okropny widok.
Nadeszła noc. walka ze zmęczeniem i ze snem. Zauważyłem, że ludzie siedzący na skraju tratwy bezgłośnie zaczynają wpadać do wody. Postanowiliśmy się powiązać pasami ratunkowymi.

Polacy w drodze do Anglii. Zdjęcie z kolekcji
Koła Polskich Kombatantów w Republice Czeskiej
Drugiego dnia wieczorem zauważyliśmy na horyzoncie dym. Nareszcie! Zaczęliśmy się wydzierać, ściskać, skakać. Nadchodziła oczekiwana pomoc! Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy zauważyliśmy, że po zabraniu rozbitków z łodzi ratunkowych okręt zaczyna się oddalać. Później nam wytłumaczono, że zszedł z zagrożonego terenu dlatego, aby nie staranować pływających w wodzie żywych ludzi.
Zostaliśmy w wodzie trzecią noc. Rano pojawiły się dwa ścigacze [2], na jeden z nich wciągnięto nas, a następnie obydwa przez cały dzień wydobywały pływających rozbitków. Byliśmy czarni od ropy, bo torpeda trafiła w maszynownię i ropa wylała się na morze. Wyglądaliśmy jak murzyni. [...]

Na pokładzie statku było 1346 osób, w tym 499 jeńców włoskich. W wyniku ataku zginęły 392 osoby (w tym 90 kobiet, 44 członków załogi oraz wielu jeńców włoskich). Z polskiego transportu zginęły 24 osoby. Akcję ratowniczą prowadziły okręty marynarki brytyjskiej: niszczyciel HMS Boreas (H77), korwety HMS Petunia (K79), HMS Crocus (K49) i HMS Corinthian (FL8519). 

HMS Boreas. Zdjęcie ze strony en.wikipedia.org
HMS Petunia. Zdjęcie ze strony leitbuilships.blogsot.com
HMS Crocus. Zdjęcie ze strony ww2today.com
HMS Corinthian. Zdjęcie ze strony media.iwm.org.uk
Rozbitkowie zostali przetransportowani do Freetown (Sierra Leone). 28 marca 1943 r. transport ruszył do Anglii na statku s/s "Mauretania".

s/s "Mauretania". Zdjęcie ze strony en.wikipedia.org
"Empress of Canada" został storpedowany przez włoski okręt podwodny "Leonardo Da Vinci" (dowódca Gianfranco Gazzana Priaroggia) 400 mil na południe od Cape Palmas (Liberia). Była to największa zdobycz Gazzana w tym rejsie. Dwa miesiące później - 23 maja - okręt został zatopiony.


Włoski okręt podwodny "Leonardo da Vinci". 
Zdjęcie ze strony  italianmonarchist.blogspot.com
Gianfranco Gazzana Priaroggia. Zdjęcie ze strony en.wikipedia.org


W "Zeszytach kombatanckich" (nr 38 z 2004 r.) ukazał się tekst por. Jana Borowczyka-Forestera "Zatopienie "Empresss of Canada", który w istotny sposób uzupełnia wspomnienia Jana Lachety.


[1] Prawdopodobnie Short Sunderland z 95 Squadronu RAF stacjonującego w Fourah Bay, Freetown (Sierra Leone).
[2] Prawdopodobnie chodziło o korwety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz