wtorek, 16 sierpnia 2016

Osobowice - Oswitz

Oswitz (Osobowice) wieś położona na północny zachód od centrum Wrocławia. Od 1928 r. w granicach miasta. W latach 20. i 30. Osobowice przeżywały okres swojej świetności. Były ośrodkiem wypoczynku dla mieszczuchów. Dziś przez większość mieszkańców kojarzone są głównie z wielkim cmentarzem komunalnym. Rzadko kto zapuszcza się dalej niż za Most Millenijny.

Od ponad pół wieku wpadam tutaj regularnie. Obserwuję zmiany... i te dobre i te złe. Ale mam wielki sentyment do tego osiedla. Jest coś w nim urokliwego, niepowtarzalnego...

Pamiętam moje pierwsze kroki na Placu Wyzwolenia. Miejsce bez zwartej zabudowy w kształcie trójkąta. Jadąc od centrum miasta po prawej stronie, na rogu ulicy Ostrzeszowskiej stał duży budynek.


Restauracja Carla Scholz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu

Filiżanka z restauracji Carla Scholz'a.
Zdjęcie pobrana
ze strony MyViMu (zbiory Normana) 

Restauracja Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Restauracja Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Sala taneczna restauracji Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Ogródek piwny restauracji Otto Klotz'a. Zdjęcie ze strony fotopolska.eu
Pani Klotz przed wejściem do restauracji. 
Zdjęcie ze strony dolny.slask.org.pl

Wybudowany w końcu XIX wieku (1898 r.) mieścił w sobie centrum rozrywkowo gastronomiczne. Znajdowała się w nim elegancka restauracja. Oprócz sali jadalnej, dysponowała także salą taneczną ze sceną dla orkiestry. Za budynkiem wśród kasztanowców utworzono ogród piwny. Również tutaj było miejsce dla orkiestry. Początkowo właścicielem był Carl Scholz ("Carl Scholz Sale und Garten Etablissement"), następnie Otto Klotz ("Gesellschaftshaus Bürgengarten").


Dom Kultury PGR na Placu Wyzwolenia. Zbiory Krystyny Wilczyńskiej.
 Zdjęcie z książki K.Wilczyńskiej "Wrocławskie osiedla Osobowice i Rędzin.
 Wczoraj i dziś", Wrocław 2016, s. 112
Budynek na Placu Wyzwolenia przed rozbiórką. 2000 r. Fot. Wojciech Wilczyński. 
Zdjęcie z książki K.Wilczyńskiej "Wrocławskie osiedla Osobowice i Rędzin. 
Wczoraj i dziś", Wrocław 2016, s. 116

Po wojnie miejsce to zajął początkowo Dom Kultury PGR. Funkcjonowało tutaj od 1953 r. kino "Plon". Znalazła tutaj miejsce także biblioteka publiczna. Po upadku PGR budynek popadał coraz bardziej w ruinę. W rezultacie w 2000 r. budynek został rozebrany. Na jego miejscu stanął nowoczesny budynek mieszkalny.


Budynek mieszkalny na Placu Wyzwolenia. 2016 r. Zdjęcie Witold  Rawski

Jedno miejsce, tyle pokoleń, tyle zmian... czasu nie da się zatrzymać. Zmian też.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Skolimów 1928 r.

W numerze 33 z 18 sierpnia 1928 r. tygodnika "Świat" ukazał się tekst o Domu Aktora Weterana Scen Polskich w Skolimowie. Jego autorem jest nie byle kto ... sam Wacław Grubiński. Urodzony 25 stycznia 1883 r. w Warszawie dramatopisarz, prozaik, felietonista i recenzent teatralny w 1931 r. został prezesem Związku Autorów Dramatycznych. Związany był z wieloma czasopismami, m.in. "Książką", "Światem", "Kurierem Porannym", "Tygodnikiem Ilustrowanym", "Wiadomościami Literackimi", "Kurierem Warszawskim". Był także redaktorem naczelnym pism "Teatr i życie wytworne" oraz "Echo Tygodnia". W styczniu 1940 r. został aresztowany przez NKWD i skazany na karę śmierci. Karę zamieniono na 10 lat łagrów. Opuścił Rosję z armią gen. Andersa. Zamieszkał w Londynie. Tutaj związał się z "Wiadomościami" i "Rzeczpospolitą Polską". Był założycielem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Zmarł 8 czerwca 1973 r. w Londynie.
Wacław Grubiński. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org

Dobra panów aktorów

Stoi sobie w słońcu, jak w pożarze, spokojnie urodziwy dom dwupiętrowy, czerwoną dachówką jak czapą wysoką, nakryty. Posiada dwa fronty i jedno tylko tyły: boczne. Bokiem się tutaj wchodzi, jeżeli chce się tutaj wejść od tyłu. Jeden front uśmiecha się werandą na plant kolejkowy i bawi swoje pogodne oblicze ładnym – z daleka – widokiem pociągu, który udaje prawdziwą  lokomotywę i prawdziwe wagony, wiezie lalki, dymi, dyszy, gwiżdże i klekocze, a potem wysiadają z niego ludzie dorośli z dziećmi; drugi zaś front domu spogląda poprzez klomby i zagony truskawek, poziomek, sałaty, marchewki, ku rzece Jeziorce, płynącej dyskretnie za wyniesionym nieco brzegiem. Młode drzewka owocowe, ustawione rzędami, zapowiadają uroczo przyszły swój rozrost, przyszłą swoja płodność i odrobinę cienia, którego teraz na całym terenie ze świecą szukać w południe, a drewniana siateczka, biegnąca wokół ogrodu, niby tresowana pajęczyna, aż się prosi o płaszcz z winnych liści.
Na werandzie w koszykowych fotelach siedzą, jak na scenie, syci oklasków i owacji, posiwiali artyści. Obok nich młodzież, rozumiejąca własnym doświadczeniem Vauvenargues’owe[1] powiedzenie, iż pierwsze chwile sławy są rozkoszniejsze, niż pierwsze promienie wschodzącego słońca. I pierwsi i drudzy są tutaj u siebie: ten komfortowy dom o pięknym hallu, o trzydziestu pokojach, urządzonych ze smakiem, o kilku wannach, o bibliotece (trzy tysiące książek… jeszcze nie skatalogowanych), o pięciolampowym aparacie radio, ten dom skanalizowany prywatnie i  zelektryfikowany gminnie. To dom Aktora Polskiego.

Dom Aktora w Skolimowie. Fot Jan Malarski

Rządy w nim sprawuje ZASP przez swoich prokonsulów, ale jego stałym dożywotnim kuratorem jest p[an] Antoni Bednarczyk, bo energią, zapobiegliwością, uporem p[ana] Bednarczyka, na gruncie ofiarowanym przez pana sędziego Wacława Prekera[2], wyrosło w Skolimowie prześliczne „Schronisko”, proszące się o nazwę nie tylko mniej pokorną, ale wręcz o imionisko pyszne. Ja bym był za Elsynorem[3], ponieważ w dzień i w nocy chodzą po tych krużgankach duchy świetnie zagranych ról… przez kogo zagranych? Przez tych, co teraz tutaj mieszkają, lub przez tych, o których tutaj się opowiada. Na ścianach portrety Bogusławskiego, Królikowskiego, Modrzejewskiej, a z najmłodszych gwiazd portret Poli Negri, która na międzynarodowym ekranie kinematograficznym rozsławiła polska sztukę dramatyczną śród obcych narodów po obydwóch stronach oceanu, wzruszając miliony ludzi, nie znających polskiego języka.

Wacław Preker. Zdjęcie ze strony  muzeumkonstancina.pl

Obok pani Mrozowskiej-Toeplitzowej księżna Negri Mdiwani[4] należy do najhojniejszych ofiarodawczyń na rzecz skolimowskiego gmachu aktorskiego.
Ogromny hall podłużny tak jest budowany, aby mógł służyć jako widownia teatralna. Na początku i na końcu tego hallu znajdują się dwie estrady, z których jedna może być podzielona na loże lub na „balkon pierwszego pietra”, druga zaś może być użyta jako scena teatru kameralnego. P[an] Jerzy Leszczyński, odwiedziwszy Skolimów, po powrocie z Biarritz[5], wpadł na żartobliwy pomysł stworzenia tutaj eksperymentalnego teatru i, z tym pełnym uroku dowcipem, który rozbraja najobraźliwsze powagi, zaproponował przy wspólnym obiedzie, oczywiście już przy deserze, wystawienie „Ślubów panieński” Fredry, w miejscowej obsadzie emerytalnej. Zanim jednak zgodzi się na to p[ani] Siedlecka, p[ani] Żołopińska, p[an] Sapalski i  inni, w hallu wieczorami zasiadają panie z robótkami szydełkowymi w ruchliwych rączkach, a pani Palińska manewruje aparatem radio.
- Warszawa. Koncert w Dolinie Szwajcarskiej. Dyryguje pan Mazurkiewicz.

Rozmowa z brytanem, który strzeże w nocy mienia
 i bezpieczeństwa artystów. Pawłowski i Mariusz
Maszyński udzielają poczciwemu 
psu mądrych
i zbawiennych wskazówek.
   Fot. Jan Malarski

Gdy pani Palińska próbuje chwytać fale zagraniczne, ze wszystkich stron pcha się do Skolimowa natrętny Niemiec – z odczytem o szkodliwości alkoholu. Tymczasem pani Sławińska, spędzająca tutaj rekonwalescencje przed wyjazdem do Lublina, do teatru miejskiego pod dyrekcją p[ana] Grodnickiego, opowiada anegdoty. Co chwila rozlegają się salwy śmiechu. Stateczni emeryci już o godzinie dziewiątej znikają z hallu, natomiast młodzież artystyczna, która tu przybyła, jak do pensjonatu, aby łyknąć wiejskiego powietrza przez tydzień lub miesiąc, aby odpocząć po turkocie miejskim, aby zobaczyć „wolna okolicę”, nie namalowana przez p[ana] Frycza lub Drabika, siedzi nieco dłużej, gwarząc, niby przy kominku, przy eterycznych wrzątkach radioaparatu. P[an] Mariusz Maszyński tryska humorem, nawet przegrywając partię szachów do dyr[ektora] Wacława Nowakowskiego, pani Witoldowa Rolandowa, ułożywszy spać swoją romantyczną sześcioletnią Lalę (z którą w dzień wojuje po oficersku obrany Józio Mazurkiewicz), słucha opowiadania pani Maszyńskiej o Ewie, pięcioletnim żywym portrecie pana Mariusza (tylko na czarno, bo czuprynkę wzięła od mateczki):
- Dzisiaj tak się modliła Ewusia: „Proszę Boziuni o zdrowie dla tatusia, dla mamusi, dla Karoliny, dla Ewusi i dla much na lepie”.
Rozweselona pani Zabiełło-Mazurkiewiczowa gubi oczko i upuszcza igłę, a pani Palińska woła o ciszę, bo zdaje się, że złapała operetkę budapesztańską.
W dzień artyści rozpryskują się po okolicy. Niektórzy żałują, że Pałac Aktora nie posiada łódki, ponieważ nęci ich przejażdżka po burzliwych wodach Jeziorki. Kto wie, może na przyszły rok otrzymają kajak, albo motorówkę, od jakiego wielbiciela teatru. Królikowskiemu zapisała w testamencie kilka tysięcy rubli pewna pani „przez wdzięczność za doznane dzięki niemu wzruszenia”. Może jaki bogaty teatroman, rozpromieniony na sztuce np. Zabłockiego, ofiaruje artystom mały jacht, nazywający się np. „Fircyk w zalotach”.

Na tarasie pałacyku Skolimowskiego. Wśród gości – Jerzy Leszczyński
 z małżonką, p. Pancewiczową, Mariusz Maszyński z rodziną,
 Zabiełło-Mazurkiewiczowa, Pawłowski, Stanisławski i W. Grubiński.

 F
ot. Jan Malarski

Po pamiętnej burzy Elsynor otrzymał dwa piorunochrony. W ogrodzie, zresztą, nie zanotowano ani jednego złamanego drzewka, bo co prawda, jak już wspomniałem, jest to jedyny ogród w Polsce, pozbawiony cienia. Nad tym właśnie debatował ostatnio pan prezes Śliwicki z panem Pawłowskim, po czym zakupiono w lesie kabackim trzysta pięćdziesiąt świerków, które otoczą Dom Aktora zwartą nieprzeniknioną ścianą.
W każdym razie już dzisiaj można powinszować artystom scenicznym tego obszernego gmachu śród pól, nad rzeczką, w sąsiedztwie iglastego lasu, jako miejsca, dokąd może przyjechać choćby na kilkodniowy rzetelny wypoczynek zmęczona „Kobieta, która zabiła”, sfatygowany „Otello”, albo „szczęśliwy Franio”. Po maleńkim przesileniu na stanowisku gospodyni i pod czujnym okiem legata ZASPu, p[ana] Jana Pawłowskiego, wpadającego tutaj często, niespodziewanie, a lubiącego wszędzie zajrzeć, wszystko sprawdzić, o wszystko zapytać, tudzież umiejącego miejscowych  funkcjonariuszy natchnąć zamiłowaniem do wydajnej pracy, Elsynor skolimowski szczyci się wyborna kuchnią, uprzejma służbą i stale zwiększającym się komfortem. Jest tam tak wygodnie i przyjemnie, że np. pan dyr[ektor] Józef Kotarbiński po odbytej kuracji w Truskawcu[6] przybył z małżonką do Skolimowa i w ciszy nadjeziorańskiej spisuje pamiętne dla historii teatru krakowskiego dzieje swojej w tym teatrze kierowniczej działalności.
Tutaj odprężają się nerwy, tutaj jest rano kąpiel słoneczna, tutaj nie ma polityki …

Wacław Grubiński



zdjęcia z pisma "Świat" znanego warszawskiego fotografa Jana Malarskiego (1883-1959)




[1] Luc de Clapiers markiz Vauvenargues (6.08.1715 r. -  28.05.1747 r.) francuski  dyplomata i oficer. Rozgłos i sławę zdobył opublikowanym w 1746 r. zbiorem aforyzmów i maksym.
[2] Wacław Preker (1869-1936) właściciel majątku Skolimów.
[3] Zamek Kronborg w duńskim mieście Helsingor – nazwany przez Szekspira  „Elsynor”.
[4] Pola Negri.
[5] Miejscowość w francuskich Pirenejach.
[6] Truskawiec, jedno z najlepszych uzdrowisk II Rzeczypospolitej, leżące 90 km od Lwowa.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Gdańsk 1652 r.


W 1652 roku, po siedmiu latach pobytu w Polsce, wraca do Włoch urzędnik nuncjatury Giacomo Fantuzzi. Trasa jego podróży wiedzie przez Pomorze, północne Niemcy, Holandię, Belgię, Niemcy południowe, Tyrol. W jego diariuszu podróży można znaleźć wiele interesujących spostrzeżeń dotyczących terenów dzisiejszej Rzeczypospolitej. Wybrałem trzy z nich.


Z Warszawy wyruszyłem przeto we wtorek, 22 maja 1652 roku po obiedzie, w okrutny upał […] Noc przyszło nam spędzić w wiosce nad Wisłą, przez którą nazajutrz rano przeprawiliśmy się łodzią, a była ona bardzo duża. Na obiad [29 maja] dotarliśmy do Gdańska, miasta słynnego jako jedno z czterech głównych emporiów handlowych Europy […]


Widok Gdańska z Biskupiej Górki. Pieter van der Aa, ok. 1700 r.

Gdańszczanie okazują więcej grzeczności cudzoziemcom niż Polakom, których śmiertelnie nienawidzą, są jednak bardzo interesowni, chciwi wszelkiego dobra i zysków. Za pomocą takiej polityki uzależnili od siebie wszystkich Polaków, którzy swe dobra muszą z konieczności przez ręce gdańszczan kierować, jako że nie mają oni innego miejsca, w którym by sprzedawać i zbywać mogli [swoje towary], jak tylko spławiając je corocznie Wisłą do Gdańska i ci to gdańszczanie ustalają wedle własnego uznania ceny na wszystkie zboża i pasze, którymi bez trudu jakiegokolwiek i ryzyka handlują. A to dlatego, że Polacy przywożąc zboża do Gdańska mogą je sprzedawać jedynie gdańszczanom, ci zaś, zanim wypłacą im należność w gotówce, odsprzedają je obecnym tam kupcom holenderskim lub flamandzkim. W ten sposób płacą Polakom tymi samymi pieniędzmi, które otrzymali byli od owych Holendrów, dla siebie zachowując nadwyżkę i nic przy tym nie ryzykując. A ponieważ całe polskie zboże tam dociera, można sądzić, że zyski ich są ogromne, a przez to oni sami bardzo bogaci, dzięki zaś zręcznej polityce nie dopuszczają do tego handlu nikogo obcego i rozdzielają między siebie wszystkie stanowiska i urzędy tak honorowe, jak i dochody przynoszące.
Zatem główne bogactwo gdańszczan pochodzi przede wszystkim z handlu zbożem i paszami, które kupując od Polaków i wysyłają do Holandii, a także winami, które z Hiszpanii, z Francji i znad Renu sprowadzają, oraz korzeniami i przyprawami, które potem po Polsce rozprowadzają. 
[…] pozostałem tam [w Gdańsku] do wtorku 4 tego miesiąca [czerwca]. […]

Widok Koszalina z mapy Lubiniusa 1610-1618

Noc spędziliśmy w Sianowie, w zamku murowanym, bardzo podupadłym, nie opodal którego również był przepiękny las dębowy.

W niedzielę rano, dziewiątego [czerwca], przejeżdżaliśmy o świtaniu przez bór straszliwy, pięć czy sześć mil się ciągnący, gdzie widzieliśmy trzydzieści sześć martwych ciał ludzi zamordowanych przez Szwedów w czasie wojny. Ciała te pogrzebane były w ziemi, przykryte wielkimi stosami suchych gałęzi i przywalone do tego kamieniami, jako że w owym kraju jest zwyczaj, iż kto mija ciało zamordowanego, rzuca nań czy to kamień, czy to gałąź drzewa; a że były one w wielu miejscach w borze przy głównej drodze, a las był ciemny i gęsty, niemało strachu się najedliśmy […] Bór ów leży u podnóża łysego pagórka, zwanego w tutejszym języku Kollimberg, zaraz za nim przejeżdża się przez Koszalin […]


Widok Szczecina Mattheusa Meriana z 1652 r.

Wieczorem  [11 czerwca] na czas przybyliśmy do Szczecina, głównego miasta Pomorza, dawniej siedziby tutejszych książąt. […] Jest zwyczaj w tutejszych gospodach (jak to potem widziałem również w Holsztynie i w Holandii) trzymać obok stołu zamknięta skarbonkę, do której wrzuca się kary i grzywny pochodzące od tych, co się przy stole przystojnie nie zachowują, sąsiada obrażają, słów nieprzystojnych używają lub innych jakichś wykroczeń się dopuszczają, a drukowany spis owych zachowań karze podległych w sali jadalnej się przechowuje. Kary te bez zwłoki i odwołania egzekwuje oberżysta, który w tych stronach zazwyczaj jada wraz z żoną przy jednym stole z gośćmi, jako że gospody prowadza tylko osoby grzeczne i w obejściu uprzejme, które bardzo dobrze przyjezdnych przyjmują. Używane tam talerze i kubki z flandryjskiej cyny utrzymują tak czysto, że wydają się one ze srebra.[…]


Giacomo Fantuzzi, Diariusz podróży po Europie (1652), Warszawa 1990 r., s. 49, 55, 59 [tł. Wojciech Tygielski]

wtorek, 26 lipca 2016

Warszawa 1946 r.

Na podwarszawskim targu kupiłem stary album ze zdjęciami nieznanej mi belgijskiej rodziny. Wśród kart, nie do końca pełnego albumu, znalazł się fragment gazety. Już miałem go wyrzucić, gdy zorientowałem się, że jedno z prezentowanych tam zdjęć przedstawia Warszawę. Po chwili wiedziałem już, że tych zdjęć jest więcej. Konkretnie dwanaście. Nasuwało się pytanie: co to za gazeta i co to za materiał ? Trochę to trwało nim się wszystko wyjaśniło.
Cztery strony będące w moim posiadaniu, były fragmentem gazety "Le Patriote Illustre" (numer 4 z 22 stycznia 1947 r.). Artykuł nosił tytuł  "Pologne: Ci-Git, Varsovie... La 1 ville-cimetiere d'Europe". Niestety artykuł był bez pierwszej strony, i przez to, jak się zorientowałem, było brak trzech zdjęć. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione w końcu 1946 r. i niestety nie są dokładnie opisane.

Kierowanie ruchem na niezbyt "zatłoczonej" ulicy
Kobiety przy odśnieżaniu ulic stolicy
Jeńcy niemieccy idą do pracy.
W tyle widać szyld "Paszteciarnia Zosieńka. Śniadania - Obiady - Kolacje"
Stoisko z wędlinami na Koszykach
Sprzedaż świeżego pieczywa na jednej z ulic stolicy


Może koledzy ze strony "Warszawska Identyfikacja" rozszyfrują miejsca przedstawione na tych wybranych zdjęciach.

wtorek, 19 lipca 2016

Skolimowski szpital polowy w 1939 r.

Po umieszczeniu tydzień temu informacji o szpitalu w Skolimowie, spotkała mnie niespodzianka. Okazało się, że w moich zbiorach znajduje się relacja o skolimowskim szpitalu polowym.

Jeziorka w Skolimowie. Zdjęcie ze strony muzeumkonstancina.pl

Jej autorka Wanda Wysocka-Zemło, przed wojną mieszkała z rodziną w willi "Wacławówka" na ul. Rycerskiej róg Oborskiej. 
Wspomnienia "Szpital polowy w Skolimowie w 1939 r." (12 stron) napisała w 1983 r. na prośbę brata, członka komisji historycznej środowiska 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Autorka wspomnień zmarła w 1985 r.

[...] Spałam po 3, 4 godziny na dobę. Jadłam stojąc często zasypiając z kawałkiem pożywienia. Nikt nie rozbierał się do snu i ja także.
Tak zachowywały się i inne dziewczyny pracujące przy rannych. Po tym nawale było trochę luzu i nagle znowu cała masa rannych.
Tym razem przywożono nam żołnierzy polskich z ochotniczych batalionów prezydenta Starzyńskiego - z fortów Czerniakowa. Bohaterskich chłopców - ochotników powoływanych przez apele niestrudzonego w obronie Warszawy jej Prezydenta. Niemcy po zaciętej walce do upadłego, często do walki wręcz, do zwalenia z nóg - pobitych, rannych z miejsc zdobytych odsyłali do szpitala. Najbliższym Czerniakowa był Skolimów. Ranni milczeli, mimo bólu, głodu, pragnienia, gorączki. Byli jeszcze w szoku bitewnym, pełni jakiejś godności i zapamiętania walki, którą do końca swych możliwości wykonali. Pierwsze ich słowa były przeważnie pytaniem: "Pani! czy Warszawa się jeszcze broni? powiedźcie nam, my z Czerniakowa". Później sypał się grad przekleństw na Hitlera i Niemców. Wielu przestawało mówić w pół zdania z wyczerpania. Tym trzeba było dać najpierw pić i jeść. Przeważnie rannymi zajmowała się moja siostra Krystyna (obecnie Kremlewska, zamieszkała obecnie w Skolimowie).
Na prośby rannych, wycyganiłam od doktora papierosy, wydostałam także nową porcję opatrunków, które pochodziły z Radomia, podobnie jak i papierosy. [...]


Warto wspomnieć, że szpital mieścił się w willi Borzuchowskich "Corso" przy ul. Chylickiej i Prusa. Willę wynajmowała wcześniej "Rodzina Wojskowa" na kolonie dla dzieci.

wtorek, 12 lipca 2016

Skolimów w 1939 roku

Jest wrzesień 1939 r. Okrążona Warszawa walczy z napierającymi oddziałami niemieckimi. Od południa, od strony Wilanowa pozycji broni 360 pułk piechoty. Walki te opisuje Wit Gawrak[1]. W trakcie walk na Sadybie Oficerskiej zostaje ranny i dostaje się do niewoli niemieckiej. Stąd został przewieziony do Skolimowa.

Wit Gawrak na Forcie Czerniakowskim we wrześniu 1939 r.

[...] W przyfrontowym szpitaliku w Skolimowie, obsługiwanym przez polski personel, lecz nadzorowanym już przez Niemców, dotarły do nas ostatnie wieści. W kilka dni po krwawym odwrocie z Sadyby Oficerskiej stolica skapitulowała. [...] Szpital przyfrontowy - zatłoczony ponad miarę przedsionek śmierci - krzyki konających w agonii, woskowoblade twarze sióstr zakonnych, zasuwających bezszelestnie białe parawany wokół umierających, słodkawy zapach jodoformu, mieszany z odorem ropiejących ran, to znają wszystkie szpitale wojenne. Osobliwością naszego szpitala był drastyczny brak medykamentów, krwi do transfuzji, kroplówek, elementarnych środków w walce ze śmiercią. [...] Nie było wprawdzie zbawczej transfuzji, nie brakło natomiast religijnej terapii. [...] siostra szpitalna niosąc pleciony talerz, pełen świeżych jabłek zerwanych w sadzie otaczającym szpitalne domki [...] zjawiła się niebawem w asyście trzech naszych lekarzy [...] Kontakty między rannymi w szpitalu i światem zewnętrznym zapewniała osobistość znana ówczesnej Warszawie, żona byłego premiera, doktor Świtalska. [...] wojna zastała ją w Skolimowie i teraz kiedy sytuacja zaczynała powoli się klarować się, nawiązywała kontakty z Warszawą i przemycała z niej aktualne wiadomości. [...] Wehrmacht nie omieszkał zaanonsować wkrótce swego zwierzchnictwa nad szpitalem, wprowadzając bezpośredni dozór podoficerów nad każdą z sal. [...] Wieczorem pojawił się w naszej sali ogorzały, leciwy kapral Wehrmachtu, jeden z tych, którzy mieli nadzorować rannych jeńców [...] Pochodził, jak się okazało, z Bawarii [...] Lecz jeśli nam dopisał szczęśliwy traf, na innych salach szpitalnych dyżurni Wehrmachtowcy mrozili nastrój typowym pruskim drylem. [...] Wehrmacht komasował tymczasem rozrzucone po całym terenie wojennym obiekty w wielkie i jak się okazało śmiercionośne kombinaty szpitalne. Mieliśmy zostać wcieleni do jednego z nich, w każdym razie taką informację przemyciła nam doktor Świtalska. [...] Ewakuację zarządzono niespodziewanie któregoś dnia pod wieczór. Niespodziewanie, jeśli idzie o porę transportu rannych, albowiem miano ich ewakuować nocą. Szosy i drogi były zarezerwowane wyłącznie dla wojsk niemieckich, wieziono więc nas niewiarygodnymi wertepami. Sanitarki przypominały kutry miotane sztormem. Odległość ze Skolimowa do Łowicza - około 100 kilometrów - pokonywano prawie całą noc. [...]

[Wit Gawrak, W batalionie robotniczym. Wspomnienia, Warszawa 1971, s.97-109]

Dowództwo 1 kompanii Batalionu Ochotniczego im. Ordona 
na Forcie Czerniakowskim. Z przodu, pierwszy z lewej dowódca kompanii 
por. rez. Stefan Górski, drugi Stasiak.Stoją od lewej: podoficer służbowy plutonu, 
podoficer sanitarny,Wit Gawrak, por. Pałyska z 360 pp, podchor. ze Szkoły Sanitarnej



[1] Wit Gawrak urodził się 20 maja 1916 r. Ukończył Uniwersytet Jagielloński. Był członkiem Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej - Lewicy. Od wiosny 1939 r. pracował w Spółdzielni "Grupa Techniczna" w Warszawie. We wrześniu 1939 r. brał udział w obronie Warszawy w szeregach Batalionu Ochotniczego im. Ordona (V batalion 360 pp). Walczył na Sadybie. Ranny dostał się do niewoli. Przebywał w licznych szpitalach (m.in. Skolimów, Łowicz, Łodzi, Szpital Ujazdowski). Walczył w powstaniu warszawskim. Zmarł 12 października 1985 r.

wtorek, 5 lipca 2016

"Samotnia" Miriama w Piasecznie

Nie od dzisiaj wiemy, że władza często ma obywateli w głębokim poważaniu. Ale nie jest to choroba XXI wieku. Drzewiej bywało podobnie. Dla przykładu przypadek znanego krytyka literackiego Miriama, który nieopacznie postawił swój ogród na terenie, który upatrzyła sobie władza.

Zenon Franciszek Przesmycki, krytyk literacki i artystyczny okresu Młodej Polski, urodził się 22 grudnia 1861 r. w Radzyniu Podlaskim. W latach 1901-1907 redagował literacko-artystyczne pismo "Chimera" w duchu hasła "ars pro ars". Używał pseudonimów literackich "Miriam", "Jan Żagiel".

Zenon Przesmycki. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org 
W 1910 r. Przesmycki procesował się z kolejką wilanowską o grunt położony na granicy Skolimowa i Piaseczna[1]. Jego sprawę nagłośnił warszawski "Świat" (nr 20 z 14 maja 1910 r.). Dzień wcześniej fragment tego teksu - za zgodą redakcji "Świata" - opublikował "Kurier Warszawski" (nr 131 z 13 maja 1910 r.).


Tydzień później ten sam fragment ukazał się w lubelskim "Kurierze" (nr 112 z 20 maja 1910 r.).


Poniżej prezentuję pełen tekst autorstwa Demil'a poświęcony tej sprawie: "Przygody kulturalnego człowieka pod Piasecznem"


Miriam, wykwintny poeta, mąż inicyatywy i czynu, człowiek, któremu przez lat dziesięć udawała się realizować Chimerę, powziął przed kilku laty ideę osiedlenia się pod Piasecznem. Możecie mu jej winszować, ale strzeżcie się jej zazdrościć. Miriam się napatrzył w długim pobycie swoim za granicą różnych eleganckich Ermitage’ów, jakie tworzą sobie francuscy, belgijscy i angielscy pisarze i artyści – zabrał się do stworzenia sobie podobnej „Samotni”. Niestety – pod Piasecznem. Zaczął więc dogadzać mazowieckiemu piaseczkowi, jakby to była piękna kobieta, na względach której poecie by zależało na równi ze szczęściem. Sprowadzał gruszki z Normandyi, róże z pod Lyonu, jabłka z Ameryki, maliny z Anglii. Hodował, ochraniał, podlewał, przycinał. Aż i uczynił „Samotnię” swoją tak wykwintnem schroniskiem, że budziło ono podziw okolicznych mieszkańców. Gdy kwiaty się zabarwiły w „Samotni”, ludzie stawali ździwieni, myśląc, że to kawałek Francyi spadło pod Piaseczno. A gdy owoce zawisły na gałęzi drzew, zachwyt różnych sąsiadów Miriama dochodził do takiego entuzyazmu, iż zabierali sobie nieraz na pamiątkę gruszki i jabłka, i to z całemi gałęziami. A Miriam zwykle dopiero w pare godzin po tym akcie uznania, przy rannej przechadzce po ogrodzie, konstatował, jakim jego pomologiczne studia cieszą się powodzeniem. 

"Samotnia" Miriama otwarta gościnnie dla każdego przechodnia
Miał jednak nasz kolega jednego złego sąsiada, ale to prawdziwe zło. Tym była kolejka Wilanowska. Ponieważ tej kolejce potrzebnem było trochę „Samotni” Miriama na rozszerzenie linii i budowę kanału, udała się ona o pomoc do władz administracyi, uważając, iż najkrótsze drogi są najlepsze – czego dyrektorom tej szacownej instytucyi pochwalić nie można, albowiem drogi okólne, jako stosujące taryfę przez czas dłuższy, są bezwarunkowo dochodniejsze. 

I stało się, że pewnego razu pan naczelnik powiatu warszawskiego każe Miriamowi odsunąć płot „Samotni” trochę wgłąb, żeby kolejce było wygodniej. 

Miriam woła: 

– A prawo własności?! 

(Co za wstrętny burżuj?! A redagował Chimerę i to przez lat dziesięć!) 

P. naczelnik więc podaje Miriama do sądu. Jego i sąsiadów. Sąd przyznaje racyę sąsiadom, nie panu naczelnikowi. Idzie apelacya. Zjazd „mirowy” mówi to samo, co wyrzekł sędzia gminny. 

Miriam zaciera ręce i, szczepiając nowe róże, myśli sobie: 
– Są sędziowie i w Piasecznie. 
Ale krótką ma radość. 

Ogród Miriama, ogołocony z płotu na rozkaz naczelnika powiatu

Ten sam p. naczelnik powiatu warszawskiego, przegrawszy sprawę o drogę w dwóch instancyach sądowych, nagle spostrzegł… że sprawy drogowe nie należą do sądu. 
Nowy papier. Nowe żądanie. Nowy termin. Miriam musi usunąć swój płot z gruntu, potrzebnego koniecznie kolejce wilanowskiej, a gdyby tego nie chciał posłuchać, ma apelować w ciągu miesiąca do urzędu gubernialnego. 
Miriam, trwając w swoich obrzydliwych burżuazyjnych uczuciach własności, powiada sobie: 
– Apeluję! 
Ale zanim mógł tego dokonać, spada nań katastrofa, która dopiero wykazała mu cały nierozum sprowadzania pod Piaseczno róż z Lyonu, a malin z Anglii. Jeszcze było dwadzieścia cztery dni do upływu terminu apelacyjnego, gdy ogrodnik donosi Miriamowi wesołą nowinę: 

Pan wójt rozwalił płot "Samotni" Miriama

– Proszę pana, nasz płot rozbierają. 
Miriam groźnie pyta: 
– Kto? 
– Wójt. 
– Sam? 
– Z kolejowymi robotnikami. 
Właściciel „Samotni” pędzi do swojego płotu. 
– o wy robicie, ludzie? – woła. 
– Pan nocelnik kazał i juz! – odpowiada wójt.
Nie upłynęło godziny, kiedy „Samotnia” naszego poety została odsłonięta gościnnie na wszystkie żywioły. Pan wójt tak się nawet rozochocił, że zamiast rozebrać płot na długości 34 sążni, wymaganych przez władze powiatową, machnął za jednym zamachem cały płot frontowy z końca w koniec, a wiec 125 sążni. Przyczem robotnicy kolejki wilanowskiej pracowali z taka sprawnością, jakiej nigdy nie okazywali, gdy szło o zbudowanie albo zreperowanie czego bądź. 
Zadumał się wiec Miriam. 

Kolejka wilanowska kopie rowy w ogrodzie Miriama

– Sądziłem – śni obecnie – że władze istnieją na to, aby ochraniać moję pracę i dawać protekcye owocom moich mozołów. Jakże się gorzko myliłem! Władze rozszarpały mi płot na cały froncie, choć lepiej jeszcze odemnie wiedzą one, jak niepewną jest okolica, otworzyły one mój ogród, moje gospodarstwo, moje zabudowania, prowokując wszelką złą wolę ludzi, mających więcej odwagi, aniżeli pracowitości. 
I chodzi Miriam wzdłuż rozwalonego płotu, ogląda swoje wiśnie angielskie, którym siekiera barbarzyńców poobcinała korzenie, przypatruje się rowom, które robotnicy kolejowi pospiesznie ryją na jego ogrodzie. 
I duma. 
Ale to jest jego wina przecie. Po co obsadzał cennemi drzewami grunt, kiedy… sasiaduje z takim okazem kultury, jak kolej wilanowska. 

Demil. 

[„Świat” nr 20 z 14 maja 1910 r., zdjęcia z tego numeru "Świata"]

[1] W 2013 r. na facebook'owej stronie "Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura" wspomniano sprawę "Samotni" Miriama. Jej autor przypomniał ją ponownie w marcu 2016 r. na forum strony "konstancin.com".