Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1903. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1903. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 listopada 2018

Jeziorka wylała - 1903 r.

W 1903 roku "Gazeta Lwowska" informowała:

Powodzie
Bardzo poważne straty poniosła kolej wilanowsko-piaseczyńska, szczególniej na przestrzeni od Jeziorny do Chylic. Pomimo fundamentalnej budowy plantu na odnodze ku Konstancinowi, podmycie okazało się tak groźne, że onegdaj wstrzymać musiano ruch pociągów i osoby, podążające do tej pięknej miejscowości, zmuszone były wysiadać na przystanku w Jeziornie. Zawsze głęboka i dość szeroka rzeka Jeziorka wezbrała do tego stopnia, że woda podmyła brzegi, znosiła drzewa i czyniła wyrwy nawet na dobrze wybrukowanych podwórzach. Most kolejowy pod Konstancinem został zniesiony, a szyny wiszą nad wodą w powietrzu. 


W Skolimowie park ucierpiał znacznie, wylew Jeziorki dosięgał prawie dworu. Przez całą noc musiano pracować z wytężeniem, ażeby woda nie przedostała się przez uliczki w parku, niszcząc zupełnie świetnie prowadzone gospodarstwo rybne. 

Straty na kolei grójeckiej są mniejsze, chociaż w pobliżu Moczydłowa i Góry Kalwarii plant również ucierpiał, a ruch pociągów odbywał się z wielką ostrożnością. 

za: "Gazeta Lwowska" nr 160 z 16 lipca 1903 r.

wtorek, 13 lutego 2018

Poranne ustalenia w Skolimowie - 21 lipca 1903 r.

W ukazującym się w Poznaniu dzienniku chrześcijańsko-narodowym "Postęp" z 24 lipca 1903 r. (nr 166) znalazłem ciekawą informację dotyczącą pośrednio Skolimowa:


Leon XIII (właśc. Gioacchino Vincenzo Raphaelo Luigi Pecci) urodził się 2 marca 1810 r. w Carpineto, zmarł 20 lipca 1903 r. w Watykanie. Był 256. papieżem - od 20 lutego 1878 r. do 20 lipca 1903 r.

Leon XIII. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org

Wincenty Teofil Popiel-Chościak urodził się 21 lipca 1825 r. w Czaplach Wielkich, zmarł 7 grudnia 1912 r. w Warszawie, arcybiskup metropolita warszawski w latach 1883–1912. Wręczenie mu płaszcza arcybiskupiego odbyło się 6 maja 1883 r. w Sankt-Petersburgu. Trzeba zauważyć, że Popiel dał się zapamiętać warszawiakom jako umiarkowany konserwatysta i konformista, nie życzący sobie konfliktów z władzami carskimi. W latach wojny rosyjsko-japońskiej 1905 r. Popiel organizował zbiórkę środków na pociąg sanitarny, za co antyrosyjsko nastawieni mieszkańcy Warszawy wybili mu okna w mieszkaniu. W latach rewolucji 1905-1907 arcybiskup w swoich kazaniach wielokrotnie krytykował „socjalistów, rewolucjonistów i strajkujących”. W wolnych chwilach przyjeżdżał na wypoczynek m.in. do parafii pod wezwaniem św. Zygmunta w Słomczynie (jego dwa portrety znajdują się na plebanii probostwa).

Ilustracja z zasobów
Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej

wtorek, 21 lutego 2017

Katastrofa morska u ujścia Skaldy 1903 r.

26 maja 1903 r. na rzece Skaldzie (Scheldt) doszło do kolizji dwóch statków. W jej wyniku zginęło 25 osób, w większości byli to emigranci z Galicji. Podaję trzy informacje na ten temat z ówczesnej prasy polskiej. Niby informacje są podobne, ale jednak różnią się od siebie w szczegółach.


"Naprzód. Organ polskiej partyi socyalno-demokratycznej" nr 149  z 31 maja 1903 r. donosił na stronie 2:

Katastrofa okrętowa na Skaldzie
Antwerpia, 27 maja

W nocy z 26 na 27 bm. opuścił Antwerpię okręt "Huddersfield", wiozący 38 emigrantów z Galicji i Bukowiny, udających się do Kanady.
"Huddersfield" pełnił służbę przewozową między Antwerpią a portem angielskim Grimsby, w którym emigranci przesiadają się na kolej, odwożącą ich do Liverpoolu, następnie zaś okrętem dostają się do Ameryki. Jak wiadomo, Antwerpia leży w głębi lądu w odległości przeszło 60 kilometrów od ujścia Skaldy, okręty muszą więc przed wypłynięciem na morze przepłynąć około 10 mil rzekę, przystosowaną zresztą przez przyrodę i ludzi do noszenia największych kolosów żeglugi morskiej.
Katastrofa nastąpiła o kilka mil od Antwerpii, koło Saeftingen. Było około godz. 10 wieczór, gdy straż na pokładzie zawołała na alarm. Spostrzegła ona tuż przed sobą okręt, płynący w kierunku przeciwnym. Zanim zdołano zatrzymać się, nastąpiło zetknięcie.
Przód szwedzkiego [powinno być norweskiego] statku "Uto" formalnie wbił się w "Huddersfield", który w ciągu kilkunastu minut zatonął. Katastrofa odbyła się więc w strasznych warunkach, gdyż pod pokładem we śnie pogrążeni emigranci zostali zaskoczeni znienacka grążącą im śmiercią. To też liczba ofiar jest tak wielką.
Z trzydziestu ośmiu emigrantów wyratowano dziewiętnastu, resztę zaś, t.j. połowę, można uważć w tej chwili za zaginioną, gdyż mimo przedsięwziętych poszukiwań, do tej chwili nikogo z nich nie odnaleziono. Wszystkie więc ofiary pochodzą z Galicji i Bukowiny, gdyż załoga i inni pasażerowie ocaleli.


Rzeka Scheldt (Skalda).
Czerwonym krzyżykiem zaznaczone miejsce katastrofy

Podaję poniżej listę osób zaginionych, zakomunikowaną mi przez Towarzystwo przewozowe, listę, którą w tej chwili można uważać za najdokładniejszą:
Wasyl Kowaluk, lat 18, z Zastawy na Bukowinie; Wasyl Danyszczuk, lat 50, z Zastawy na Bukowinie, Jelena Danyszczuk, lat 33, z Zastawy na Bukowinie; Anastya Danyszczuk, lat 18, z Zastawy na Bukowinie; Marta Danyszczuk, lat 5 i 1/2, z zastawy na Bukowinie; Katarzyna Danyszczuk, lat 3, z Zastawy na Bukowinie; Teodor Tarabas, lat 34, z Toubry (koło Zastawny) na Bukowinie; Zaicir(?) Tarabas, lat 30, z Toubry na Bukowinie; Iwan Tarabas, lat 5, z Toubry na Bukowinie; Anna Tarabas, lat 2, z Toubry na Bukowinie; Dmytro Baziuk, lat 18, z Zastawny na Bukowinie; Jan Bohomowicz, lat 24, z Huciska brodzkiego (powiat Brody) w Galicji; Ludwik Świrski, lat 26, z Huciska brodzkiego (powiat Brody) w Galicji; Jan Karpluk, lat 39, z Hołubicy w Galicji; Alfonsyna Karpluk, lat 29, z Hołubicy w Galicji; Antonina Karpluk, lat 3, z Hołubicy w Galicji; Stanisław Strzelecki, lat 30, z Watoch (o.p. Ponikwa wielka) w Galicji; Marya Strzelecka, lat 29, z Watoch w Galicji; Paweł Popowicz, lat 40, z Watoch w Galicji.
Z licznej rodziny Danyszczuków pozostały przy życiu dwie osoby, 15-letni Piotr i 23-letnia jego siostra. Nie mogliśmy się do tej chwili dostać do ocalonych, których przywiózł z powrotem do Antwerpii "Uto". Nietrudno sobie jednak przedstawić obraz, który zaś czeka przy spotkaniu.
Całe ich mienie poszło na dno rzeki. Niektórych nieszczęście łączy się ze śmiercią osób najbliższych. Trzeba przyjść z pomocą tym, których nędza wypchnęła z kraju, a których u progu życia, może jaśniejszego, tak ciężki cios spotkał!
pozostałym przy życiu Towarzystwo przewozowe zapewnia naturalnie przejazd do Kanady, przez nich opłacony. Czy wszyscy zechcą z tego prawa skorzystać, czy będą wprost mogli w takim stanie pojechać?
O bliższych szczegółach nie omieszkam donieść.
Składki dla ofiar katastrofy zbiera "Societe polonaise Iskra", Institut de Commerse, Anvers, Belgique.
S.


Z kolei "Kronika Rodzinna" w dziale "Z bliska i z daleka" na s.190-191 podała następującą informację:

Antwerpia. W końcu z.m. straszna katastrofa okrętowa zdarzyła się na Skaldzie, w pobliżu Antwerpii. Statek "Huddersfield", płynący z Antwerpii do kanady, zderzył się ze statkiem norweskim "Uto" zdążającym z Rotterdamu. Ten ostatni wpadł na pierwszy z takim rozpędem, iż ostrzem swym wybił w nim dziurę, w miejscu, gdzie się znajdowały kabiny pasażerów. W przeciągu kilku sekund woda zalała kabiny, to też zaledwie parę osób zdołano z nich wyratować. Skutkiem szybkiego zatapiania się okrętu, uszła z życiem tylko załoga, oraz osoby, znajdujące się na pokładzie, reszta, w liczbie 25, zatonęła. Pomiędzy ofiarami znajdowało się 19 Polaków, 5 Włochów i 1 Rosjanin. Polacy, przeważnie z Galicji, dążyli do Kanady za zarobkiem. Ci, którzy zdołali ujść z życiem, zostali w zupełnej nędzy, gdyż stracili całe swoje mienie. Rozbitkami zajęli się gorliwie dziennikarze antwerpscy, oraz miejscowa studencka kolonia polska. Biedakom dostarczono żywność, odzieży i pieniędzy na dalszą podróż. Prasa antwerpska z wielkim uznaniem podniosła również dzielne zachowanie się niektórych Polaków podczas katastrofy; np. Antoni Hryniewiecki z Galicji wyratował pięć osób z narażeniem własnego życia. Straszny ten wypadek wywołał niemałe przerażenie i dochodzenie, jakim sposobem mogły się zderzyć parowce, trzymające się, stosownie do przepisów, przeciwnych brzegów i dopiero, gdy już oba były na jednej linii, norweski "Uto", z przyczyn dotąd niewyjaśnionych, zmienił kierunek i uderzył w "Huddersfielda". Zeznania obu kapitanów nie zgadzają się ze sobą, lecz dochodzenie karne, wytoczone kapitanowi norweskiego parowca, zapewne wkrótce wyświetli tę sprawę.


Dziennik ilustrowany "Wiek" w nr 157 z 9 czerwca 1903 r. w dziale "Z bliska i daleka" na s. 6 także opublikował korespondencję z Antwerpii:

Katastrofa na morzu. O strasznej katastrofie okrętowej niedaleko Antwerpii - o której donieśliśmy przed kilkoma dniami w depeszy - podaje antwerpski korespondent "Przeglądu" następujące szczegóły: Statek "Huddersfield", na którym znajdowali się emigranci, wypłynął z Antwerpii we wtorek o godz. 8-ej wieczorem. Noc była jasna i ciepła. Pasażerowie, korzystając z tego, pozostali na pokładzie aż do godziny mniej więcej 11-ej. O tej porze większa część emigrantów zeszła do kabin, część zaś pozostała na pokładzie. W pół godziny potem, około godziny 11 i 1/2, ukazał się ze strony przeciwnej parowiec. Był to, jak się później okazało, statek norweski "Uto", płynący z Rotterdamu. Ponieważ każdy z parowców trzymał się, stosownie do regulaminu, brzegu przeciwnego, niebezpieczeństwo zdawało się być wykluczone. Nagle, będąc prawie już na jednej linii z "Huddersfieldem", "Uto" zmienił kierunek z przyczyn dotąd niewyjaśnionych, przy czym wpadł całą siłą pary na "Huddersfielda". Skutek był straszny, albowiem "Uto", zderzając się z "Huddersfieldem", wbił ostrzem dziurę z prawej strony, to jest właśnie tam, gdzie znajdowały się kabiny emigrantów.
W przeciągu kilku sekund woda zalała kabiny, tak, że zaledwie parę osób zdołano uratować. Reszta w ilości 25 osób poszła wraz z okrętem na dno. Znajdujących się na pokładzie emigrantów, w liczbie 16, oraz załogę, zdołano uratować. Z pomiędzy 25 ofiar tej niesłychanej katastrofy 19 było Polaków, 5 Włochów i 1 Rosjanin. Oto nazwiska Polaków, którzy zginęli: Popowicz, Karpiuk z żoną i z dzieckiem, Jan Bobonowicz, Teodor Tezabas z żoną i dwojgiem dzieci, Bazyli Kowaluk, Dymitr Baziuk, rodzina Danyszczuk 5 osób, Strzeleckich dwoje, Ludwik Świrski.
Gazety angielskie zajęły się gorliwie emigrantami, piętnując nieludzkie postępowanie kompanii, która pozostawiła ocalonych przez okręt "Uto" polaków bez pożywienia przez cały następny dzień po katastrofie. Aby stwierdzić prawdziwy stan rzeczy, udałem się do głównego agenta kompanii, do której okręt zatopiony należał. bardzo uprzejmie udzielił mi streszczonych w tym artykule wiadomości, zapewniając, że obecnie wszystko zrobiono, aby ulżyć losowi nieszczęśliwych ofiar katastrofy. Również i kolonia polska studencka w Antwerpii zajęła się gorliwie ocalonymi emigrantami, zaopatrując ich w odzież i pieniądze. Wszystko bowiem biedacy stracili. Przyczynę katastrofy wykaże prawdopodobnie dochodzenie karne, wytoczone kapitanowi norweskiego statku "Uto".

Oczywiście prasa angielska odnotowała ten fakt na swoich łamach, m.in. "Tamworth Herald" z 6 czerwca 1903 r.  czy też "The Leeds Mercury" w tygodniowym dodatku z 30 maja 1903 r., który podał krótko:



Ps. Kilka słów o s/s "Huddersfield". Wodowany 23 września 1872 r. w stoczni Rondolph, Elder & Co. w Govan (przedmieścia Glasgow), Szkocja. 1872-1897 w służbie Manchester, Sheffield and Lincolnshire Railway Co., następnie Great Central Railway Co. w Grimsby. Zatonął 26 maja 1903 r. w wyniku kolizji z norweskim s/s "Uto". Pojemność 1,082 GRT, długość 70 m, szerokość 9,2 m, zanurzenie 5 m. 17 osób z s/s "Huddersfield" uratował s/s "Retford" należący do tej samej kompanii.


Malowanie komina i proporczyk na statkach
 kompanii Great Central Railway Co.

 Ilustracja ze strony wrecksite.eu

wtorek, 31 stycznia 2017

Zakład Gospodarczy w Chyliczkach

W 1883 r. przy ulicy Pięknej w Warszawie Cecylia Plater-Zyberkówna otworzyła Zakład Rzemiosł dla Kobiet. Z czasem postanowiła otworzyć nową szkołę, tym razem pod Warszawą. W 1890 r. odkupiła od Leona Braunsteina Chyliczki za kwotę 40 000 rubli. Rok później, we wrześniu 1891 r. Zakład Gospodarczy rozpoczął działalność. Zajęcia prowadzone były w budynku gospodarczym, który mieścił kuchnię, piekarnię, pralnię oraz jadalnię dla uczennic, a także małą kaplicę. Właścicielka i nauczycielki mieszkały w tzw. "Poniatówce". W 1895 r. dodatkowo zbudowano budynek (tzw. „drewniaczek”), który pełnił rolę internatu dla dziewcząt. Z czasem okazało się, że te pomieszczenia są już niewystarczające dla prowadzenia szkoły. 


Cecylia Plater-Zyberkówna.
Zdjęcie z strony pl.wikipedia.org
W 1899 r. rozpoczęto więc budowę nowego gmachu, który po trzech latach został oddany do użytku. Od wschodu wejście do budynku zdobiła oszklona weranda, a od zachodu duży taras z balustradą. W suterenie znajdowały się szatnia, pralnia, magazyny, umywalnia i sanitariaty. Budynek spełniał wszystkie wymogi nowoczesnego zakładu. Dlatego też uruchomiono nowe działy kształcenia gospodarczego: spiżarnia, kuchnia, piekarnia, przetwory owocowe, jarzynowe i mięsne, pralnia, porządki domowe, mleczarnia, hodowla drobiu, trzody chlewnej, ogrodnictwo i ratownictwo. Do tego doszły zajęcia dodatkowe takie jak: etyka, pedagogika, higieny, ekonomia społeczna oraz prawoznawstwo.

W pierwszej fazie istnienia zakładu uczennicami były głównie panny ze wsi, uczące się m.in. na gospodynie, kucharki, praczki. Jednak stopniowo zaczęto przyjmować panienki z wykształceniem średnim. Po 1906 r. przyjmowano już wyłącznie absolwentki szkół średnich.

Dokładny opis Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach z tego okresu znajdujemy w trzech numerach tygodnika "Kronika rodzinna" w materiale podpisanym przez "Wolę" i "Czyn" (sic!).


Jeden dzień w Chyliczkach 


Ciemny, smutny, pochmurny ranek zawisł nad Warszawą i deszcz grozi lada chwila, nie zwracając jednak uwagi na niepewna pogodę, wsiadamy do dorożki i każemy wieźć się na stację Grójeckiej kolejki. W kilkanaście minut stajemy na miejscu, lecz tu zaraz słyszymy słowa: 
– "Pociąg odszedł przed chwilą!" –
jesteśmy więc spóźnione; cóż teraz robić? umówiłyśmy się wczoraj z całym towarzystwem, wszyscy już pewnie pojechali, a co z nami będzie? Niedługo jednak zadajemy sobie te
pytania, bo oto spostrzegamy kilka osób z naszego grona, zapewne także spóźnionych i niewiedzących co czynić. Spotykamy się zaraz i wspólnie naradzamy: następny pociąg wychodzi dopiero za kilka godzin – całe nasze towarzystwo, od dawna już w Chyliczkach zgromadzone, niepokoić się o nas będzie, czekać więc tak długo niepodobna; musimy innego sposobu się chwycić, to też we trzy, decydując się, bez dłuższego namysłu wsiadamy do jednej, ze stojących jednokonnej, małej bryczuszki i, sprawdziwszy tylko, czy nie Żyd jest jej właścicielem, każemy jechać do Chyliczek, zostawiając resztę maruderów własnemu ich pomysłowi. 

Stąd ruszała kolejka do Piaseczna.
Plac Unii Lubelskiej (dawniej Plac Keksholmski).
Zdjęcie ze strony duchywarszawy.blogspot.com

Zaledwie jednak ujechałyśmy niecałą wiorstę drogi, zaskoczył nas, ten od rana grożący, silny deszcz wraz z gradem, a ponieważ bryczka była bez żadnego nakrycia, a i my również, licząc na podróż koleją, nic z sobą nie wzięłyśmy, więc też od razu doszczętnie zostałyśmy przemoczone i woda strumieniami z nas ściekała, wobec czego wygląd każdej był tak zabawnym, że nas to ciągłe pobudzało do szalonej wesołości. 

Na szczęście niedługo deszcz ustaje, niebo się trochę rozjaśnia i nawet słońce przebłyskuje z po za chmur, ażeby nas swymi promieniami osuszyć. 

Po półtorej godzinie dojeżdżamy już do Piaseczna, małego miasteczka, skąd do Chyliczek już tylko niecała wiorsta, ale niema więcej szosy, a droga pokryta jest tak gęstym i głębokim błotem, że biedne konisko musiało dobywać sił wszystkich, aby nas z niego wyciągnąć; my zaś z przerażeniem oczekiwałyśmy chwili, gdy, wskutek silniejszego przechylenia bryczki, znajdziemy się na dnie tego błota.

Szczęście jednak, bez dalszych już wypadków, wjeżdżamy w bramę, mijamy kilka domków, ogród i stajemy przed dużym, murowanym domem z oszklonym wejściem, w którego oknach ukazują się białe chusteczki i zaciekawione oczy praktykantek. Zawstydzone naszym opłakanym wyglądem, wchodzimy do obszernej i widnej sieni o terakotowej posadzce; stamtąd dostajemy się na wewnętrzny korytarz i do pokoju przyjęć, gdzie witamy całe już prawie zgromadzone towarzystwo, opowiadając o przygodach i otrzymując pochwały za okazaną energię. 


Uczennice Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach.
Od lewej:  Z. Michnowicz, A. Piątkowska, A. Broniewska, J. Kiełpińska,
 siedzi z przodu M.Grabska.
Fotografia wykonana 19 kwietnia 1906 r.
Zdjęcie ze strony piatkowski.plewako.pl


Zanim cośkolwiek zwiedzać zaczniemy, przyprowadzamy jako tako do porządku bardzo nieładnie wyglądające ubiory nasze, w czym dopomagają nam uczące się tu panienki, które, dla rozgrzania nas, przyniosły gorącego rosołu własne zapewne roboty. 

W pokoju, do którego najpierw wprowadzone jesteśmy, t.j. w tak zwanej poczekalni, zwracają uwagę, rozwieszone na ścianach, tablice z malowanymi wyobrażeniami kur rozmaitego gatunku, a stojący w rogu wypchany kogut wygląda bardzo wspaniale; oprócz tego spostrzegłyśmy fotograficzna grupę uczennic , które już dawniej zakład ten opuściły. Dalej tablicę, na której znajduje się wypalona krowa, podzielona na części numerowane, według gatunku mięsa; jest to robota jednej z uczennic, podobno wynik pobieranych tu lekcji weterynarii. 

Wszędzie, tak w pokojach, jak i korytarzach i schodach uderza wzorowy porządek i nadzwyczajna czystość, która więcej posiada uroku, niż komfort najwyszukańszy, a zaniedbany. 

Wysuszone i ogrzane zaczynamy zwiedzanie zakładu od kaplicy, która jest niewielka, ale bardzo miłe robi wrażenie: widna, jasna, o ładnych, kolorowych oknach, z których na jednym przedstawiona jest Matka Boska. Chrystus ukrzyżowany spogląda z głównego ołtarza, a w bocznym Królowa nasza Jasno-Górska czeka na przychodzących do Niej z prośbami, aby ich zawsze wysłuchać. Jakże miło być musi uczennicom, gdy znużone całodzienną pracą fizyczną, co dzień; przy wspólnym, wieczornym pacierzu zgromadzają się tutaj, zjednoczone duchem i modlitwą. 


Z kaplicy udajemy się do sypialni panienek, które dzielą się na praktykantki i uczennice. Różnica między pierwszymi a drugimi polega na wyższej opłacie i lepszym stole; w zajęciach różnicy nie ma żadnej. Wszystkie wstają o godzinie 7-ej i same muszą sobie posłać łóżka, oczyścić suknie i trzewiki, a to w tym celu, ażeby się nauczyły obywać bez ciągłej usługi. 

Zajęcia mają teoretyczne i praktyczne. Słuchają wykładów higieny, weterynarii, hodowli, mleczarstwa; w lecie ogrodnik, przyjeżdżający z Warszawy, udziela lekcji ogrodnictwa. Poza tym uczą się wykonywania własnoręcznie wszelkich robót praktycznych; same gotują, piorą, prasują, zajmują się około drobiu i trzody. 

Praktykantek jest trzynaście. Sypialnia ich przedstawia nader miły widok; jest to duża, jasna sala, podzielona na 15 maleńkich pokoików, tak, że każda panienek posiada swój kącik osobny. Pokoik taki ma trzy, nie bardzo wysokie, drewniane ścianki jasno-zielonawego koloru, z ciemniejszymi wrębami, a zamiast czwartej, białą firankę zasuwaną, stanowiącą wejście. Znajduje się tam łóżko biało zasłane, obok niego szafka na suknie i bieliznę, umywalka z białą miednicą, nad łóżkiem półeczki na wszelkie drobiazgi. 

Uczennice śpią także wszystkie w jednej sali, ale łóżka ich niczym nie są rozdzielone; umywalnie również mają wspólne, tylko poprzegradzane białymi firaneczkami. 

Do sypialni przytyka pokój dla nie zaraźliwie chorych. 

Budynek Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach.
Zdjęcie ze strony przegladpiaseczynski.pl

Na drugim piętrze znajduje się strych, na którym rzędami ustawione są skrzynie drewniane na bieliznę do prania, każda z napisem, na jakie części bielizny jest przeznaczona. Pod ścianami stoją oznaczone numerami kosze i kufry praktykantek, dalej w osobnym oddziale skład ubrań uczennic, a więc: szafa na mundurki, z których każdy wisi pod swoim numerem, szafa na suknie nie mundurowe, wieszadła na okrycia, półki na buciki i kalosze, a wszystko to w należytym porządku. 

W dalszych oddziałach strychu znajdują się rozmaite zapasy spiżarniane i rzeczy zapasowe. Winda dochodzi aż na samą górę, nie ma więc trudności w znoszeniu choćby najcięższych przedmiotów. Ze strychu wracamy na dół, do jadalni, w której, na wprost drzwi, zawieszony jest obraz Chrystusa, błogosławiącego chleb. W oznaczonych godzinach przy dwóch stołach zasiadają panienki do posiłku. Zastawa przechowywana jest w szafie, stojącej w rogu pokoju; prócz niej znajduje się inna z wieloma przegródkami, przeznaczonymi na podręczne rzeczy panienek. Naprzeciwko jadalni, oddzielona od niej korytarzem, jest umieszczona spiżarnia. Wchodzić do niej wszystkim panienkom nie wolno, tylko dyżurna przez wycięte w drzwiach okienko podaje żądane przedmioty. Szufladki i półki zapełnione słojami zawierają wszystko, co w gospodarstwie w ciągu całego dnia może być potrzebne. u sufitu wiszą na bloczkach woreczki z rozmaitymi kaszami, owocami suszonymi i t.d. Ze spiżarni przechodzimy do kuchni, których jest dwie obok siebie. Jak w jednej, tak w drugiej, ogromny komin dochodzi aż do środka izby, podłoga kamienna bardzo ładna i czysta. W ogóle czystość wszędzie panuje; w kuchni naturalnie starają się o nią najwięcej. Stoją więc dla kucharek umywalki do mycia rąk wraz z ręcznikami; obok zmywaczki do naczyń, z których jedna służy do pierwszego zmycia brudnych naczyń, druga do potoknięcia ich w czystej wodzie. Umyte sztuki stawia się na specjalnym przyrządzie, złożonym z całego rzędu pręcików, poziomo na drewnianej podstawie osadzonych, na których naczynie z wody ocieka. na półce w bliskości komina cała armia słoików zawiera mąkę, korzenie i wszelkie przyprawy. 

W suterynach mieszczą się; mleczarnia, lodownia, spiżarnia główna, piekarnia, skład węgla, lampiarnia i izba robocza. 

Podczas naszego zwiedzania trzy panienki zajęte były w mleczarni; dwie układały masło, nadając mu przy pomocy odpowiednich deszczułek formę sześciokątną, a jedna wyżłobionymi deseczkami kręciła kulki, z których każda miała ważyć łut. W tej formie otrzymują praktykantki masło do kolacji, każda po trzy kulki. Do oddzielenia śmietanki używa się centryfugi i ochładzacza; do wyrobu masła – baryłek, poruszanych za pomocą korby ręcznej. 


Obok mleczarni znajduje się serownia. Składa się ona z dwóch izb: w pierwszej jest urządzony komin z dużym kotłem do gotowania twarogu, w drugiej skład serów. Na niskich półkach leżą one rzędami, czekając swego dojrzewania, które nie następuje prędzej, jak we dwa miesiące od chwili wyrobu. W spiżarni głównej zgromadzone są wszelkie zapasy: szynki, słonina solona, ułożone w beczułkach marynaty, najrozmaitsze konserwy, zarówno z owoców, jak jarzyn np. groszku, szparagów i t.p. Przy gotowaniu konserw w słoikach nie używają tutaj siana, jak to się najczęściej zdarza, lecz specjalnego przyrządu, który składa się z ażurowego cylindra, stojącego na szerokiej, metalowej podstawie i posiadającego u góry jak gdyby łapki do podtrzymywania kompotierek. Te ostatnie nie są obwiązane pęcherzem, lecz zamykają się hermetycznie przy pomocy plastra gumowego i szerokiego korka. Przyrząd ten doskonale zabezpiecza słoiki od stłuczenia, a konserwy od zepsucia, widziałyśmy bowiem konserwy, stojące przeszło rok, doskonale zachowane. 

Lampiarnia służy za skład lamp i miejsce do ich czyszczenia. Czynność ta należy również do uczących się panienek i dokonywana bywa, według określonych przepisów. Najpierw więc dyżurna rozkłada duży kawałek flaneli, na nim układa szkła i pojedyncze, rozebrane części lamp, z których każdą czyści za pomocą odpowiednich przyrządów (szczoteczek, drucików, waty), potem wszystkie części składa i dopiero nalewa naftę. 

Piekarnia składała się z dwóch izb: w jednej, zawierającej wszelkie do tego potrzebne naczynia, wyrabiają ciasto; w drugiej – pieką je w wielkim piecu chlebowym. 

Dalsze zwiedzanie przerwane zostało obiadem, który przyrządziły same uczennice tutejsze, dając tym świadectwo, że wiele się nauczyły i skorzystały. 

Po obiedzie zaczęłyśmy oglądanie gospodarstwa wewnętrznego od kurników, urządzonych bardzo praktycznie; widziałyśmy tu "inkubator", czyli przyrząd służący do wylęgania kurcząt, a także inny, zwany "hydromatką", w którym ogrzewają się małe kurczęta, za pomocą gorącej wody. Wszystkie kurniki mają asfaltowe podłogi, co bardzo sprzyja porządkowi, a przy tym jest pożyteczne, gdyż z takiej podłogi łatwiej zebrać nawóz, który bywa dość drogo sprzedawany do białoskórnictwa. Grzędy urządzone są w ten sposób, że wszystkie znajdują się na jednej wysokości; gdyż, jeżeli jest inaczej, wtedy, stosownie do przysłowia, które mówi: "daj kurze grzędę, a ona rzecze: jeszcze wyżej siędę" – rzeczywiście wszystkie kury chcą usiąść najwyżej, a wtedy powstaje zamieszanie i niezgoda, której unikać trzeba nawet między nierozumnymi istotami. 

Każda kura ma swój osobny koszyk do znoszenia jaj – do wysiadywania zaś mają również osobne i zupełnie spokojne miejsca. 


Ziarno znajduje się w naczyniach tak urządzonych, że się z nich wysypać nie może; woda zaś jest w gliniankach, z których spływa powoli siłą ciężkości do znajdującej się u spodu miseczki. Wspaniałe okazy kurzego rodu przechadzały się dumnie, wzbudzając rzeczywiście podziw swą postacią. Przyzwyczajone są one widocznie do odwiedzin, bo bardzo łaskawie pozwalały się brać do ręki i głaskać. 

Mniej grzecznymi okazały się kaczki i gęsi, bo powitały nas krzykliwymi głosami, to też pożegnałyśmy je prędko, aby przejść do stworzeń czworonożnych i nie odznaczających się w ogóle porządkiem, te jednak, które tu widziałyśmy, były wyjątkowo czysto utrzymane. Chlewy mają asfaltową podłogę, a każda sztuka posiada w swej klatce wzniesione miejsce ze słomy, służące za posłanie. Koryta urządzone są w ten sposób, że jedzenie kładzie się ze strony zewnętrznej i nic się rozlewać, ani rozrzucać nie może. Zaraz obok chlewów znajduje się parnik do gotowania kartofli, stanowiących pokarm trzody. 

Z chlewów udałyśmy się do obory, gdzie krów jest niewiele wprawdzie, ale za to doskonale utrzymanych; co dzień są myte i czyszczone szczotką, a obejście z nimi jest łagodne, co podobno wpływać ma bardzo na zwiększenie wydajności mleka. W oborze znajduje się tablica, na której zapisywany bywa udój mleka trzy razy dziennie. 

Objaśnienia o wszystkim przy zwiedzaniu dawała nam jedna z praktykantek, a ze sposobu w jaki mówiła znać było, że nabyła w Chyliczkach gruntownych wiadomości.


Niejedno jeszcze widzieć by się tu dało, ale ponieważ pociąg nie czeka, więc, bojąc się powtórnego spóźnienia, zbierać się musimy z powrotem do Piaseczna. Cała droga do Warszawy przeszła bardzo prędko w wesołym towarzystwie, przy ożywionej rozmowie, przeplatanej śpiewem chóralnym. Zakład chyliczkowski tak dodatnie na każdym wywrzeć musi wrażenie, że niejedną z nas ogarnęła chęć przepędzenia jakiegoś czasu w tym miłym ustroniu, gdzie nabyć można tyle ważnych wiadomości, a także tej najpotrzebniejszej, ale i najtrudniejszej zarazem umiejętności urządzenia sobie życia podług ściśle przepisanego regulaminu, tak jak to właśnie daje się zauważyć w Chyliczkach. 

To też, unosząc z tej jednodniowej wycieczki bardzo miłe wspomnienie, wyrażamy przy tym życzenie, aby kraj nasz posiadał jak najwięcej podobnie pożytecznych zakładów. 


za:
"Kronika rodzinna. Tygodnik obrazkowy, popularny, religijno-społeczny dla rodzin katolickich" z 1903 r., Dział obrazkowy; 
nr 40 z 18 września (1 października), s.317(957) - 318(958); 
nr 41 z 25 września (8 października), s.324(980) - s. 326(982); 
nr 43 z 9(22) października, s.341(1129) - s.342(1130).

uwspółcześniłem pisownię (np. spiżarnia a nie śpiżarnia; korytarz a nie kurytarz; i inne)

wtorek, 27 grudnia 2016

Dom dla upadłych kobiet - Piaseczno

Hrabianka Ludwika Moriconi w 1895 r. podejmuje pierwszą próbę założenia przytułku dla dziewcząt, które zbiegły z domu publicznego. Mieścił on się przy ulicy Grzybowskiej w Warszawie. Przebywało w nim pięć wychowanek. Po kilku latach powstał pomysł powołania większego schroniska. Postanowiła wspólnie z senatorową Józefiną Rembielińską[1] założyć schronisko w Piasecznie. W 1902 r. przygotowano jego projekt. 

Budynek schroniska. Zdjęcie ze strony mos-piaseczno.pl

W 1903 r. powstał budynek schroniska. Zakład utrzymywał się z ogrodu warzywno-owocowego (3 morgi), prac swoich wychowanek (szycie), dochodów z kapitałów i nieruchomości oraz stałych jednorocznych wpłat członków zarządu. Do roku 1907 r. przewinęło się przez jego mury 520 prostytutek (57 nie udało się zresocjalizować). 7 stycznia 1908 r. hrabianka zarejestrowała Towarzystwo Schronienia św. Małgorzaty[2]. Towarzystwo miało zamiar działać na terenie całego Królestwa Polskiego, tworząc ośrodki, które miały wyciągać dziewczęta i kobiety z prostytucji. Ważnym elementem w tym procesie było to, że przyjęcie do schroniska automatyczne wykreślało dziewczynę z rejestru policyjno-lekarskiego[3].



Tak pisała w czerwcu 1903 r. o otwarciu schroniska "Kronika Rodzinna"[4]:
W zeszłym tygodniu, w Piasecznie pod Warszawą, odbył się akt poświecenia zakładu opiekuńczo-poprawczego, pod wezwaniem św. Małgorzaty, dla upadłych kobiet.

Nowy gmach, wzniesiony obok dawnego domku drewnianego, jest zaopatrzony we wszystkie niezbędne urządzenia, a nawet w pewne wygody i udoskonalenia. W suterynach mieszczą się; jadalnia dla wychowanek, kuchnie, pralnie i pomieszczenia dla służby, na dole znajduje się szwalnia, pracownie do tkania i haftu, oraz pokój przyjęć i salonik wspólny. Na pierwszym piętrze mieszczą się sypialnie i łazienki.

W zakładzie znajduje się obecnie 46 dziewcząt, które zajmują się pracami ręcznymi i zarabiają razem na swe utrzymanie około 1500 rubli rocznie.

Dzięki moralnej pracy zapoczątkodawczyń zakładu pp. senatorowej Rembielińskiej i hrabianki Morikoni [winno być Moriconi], wiele zepsutych dziewcząt, które łatwo mogą zejść do najniższych mętów społecznych, znajdzie tu opiekę i po kilku latach wyjdzie z wdzięcznością za oderwanie ich od dawnego życia. Niechaj więc ci, którzy rozumieją doniosłość zakładu św. Małgorzaty, poprą dobra chęci założycielek, mając to przeświadczenie, że każdy grosz na ten cel złożony, będzie umiejętnie użyty i wyda obfite plony.


Sześć lat później, w 1909 r., wychodzący w Warszawie tygodnik "Czystość" tak opisał sytuację w schronisku [5]:
[...] Zakładem w Piasecznie zawiaduje hrabianka Ludwika Moriconi. Dziewczyna silnego i bujnego, niepohamowanego temperamentu, wpadła w nieszczęścia i znalazła pociechę w oddaniu całego swego życia na ratowanie upadłych kobiet. Przez zakład jej przeszło do 600 dziewcząt. Urządzenie było podług nowoczesnych zasad higieny. Umywalnie składały się z szeregu zamykanych komóreczek, z odpowiednim urządzeniem, aby codzień wychowanki mogły zupełnie się wymyć. Praca w ogrodzie i w polu, i przy gospodarstwie. Ale i religijności bardzo dużo. Bo L. Moriconi była penitentką Ojca Honorata kapucyna i utworzyła tercjańskie zgromadzenie dla ratowania prostytutek, a sama była ich przełożoną. Więc naturalnie, że cała reguła honoratek, opisana przez Bojarską w Kabale pobożnych, grała w Piasecznem swe wysokie tony. Częsta spowiedź i komunia. Niektóre wychowanki dochodziły do tej doskonałości, że komunikowały codzień. Ale czasami niebo obracało się w piekło, nie tylko po wyjściu wychowanki z zakładu, jak to zwykle bywa z wychowaniem klasztornym, ale i w samym zakładzie, i dla całego zakładu. Przyszły czasy humanizmu, radziliśmy postawienie zakładu na świecką stopę, ale próby zawiodły. Honoratki porzuciły Piaseczno i zakład upadł. Prawdopodobnie zostanie kupiony przez siostry Dobrego Pasterza. [...] 


Budynek schroniska. Zdjęcie ze strony przeglądpiaseczynski.pl

Małgorzata Szturomska w "Przeglądzie Piaseczyńskim"[6] dodaje, że schroniskiem zarządzało [w tym momencie?] Ministerstwo Spraw Wewnętrznych pod kontrolą Warszawskiej Rady Dobroczynności.



W 1930 r. rozpoczęto budowę następnego domu, w którym od 1933 r. siostry Zgromadzenia Służebnic Matki Dobrego Pasterza prowadziły "Zakład Wychowawczy dla Dziewcząt - Matki Bożej Miłosierdzia".

[1] Pracowała też społecznie przy kościele pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny na Lesznie, patrz m.in. "Kurier Warszawski" nr 93 z 2 kwietnia 1896 r., dodatek poranny, s. 2.
[2] Małgorzata urodziła się w Laviano w 1247 r. Słynęła z urody. Mając 17 lat uciekła z domu i została kochanką arystokraty z Moltepuciano. Urodziła mu syna. Mimo próśb nie wziął z nią ślubu. Jej kochanek został zamordowany przez rabusiów w 1274 r. Po jego śmierci zwróciła rodzinie zamordowanego wszystkie dobra. Do swojego domu nie wróciła. Udała się z synem do Krotony. Po trzech latach prób została przyjęta do Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego. Zmarła w 1297 r.

[3] Jolanta Sikorska-Kulesza, Zło tolerowane. Prostytucja w Królestwie Polskim w XIX wieku, Warszawa 2004, s. 342. 
[4]"Kronika Rodzinna" nr 25 z 5(18) czerwca 1903 r., Zakład św. Małgorzaty w Piasecznie.
[5]"Czystość. Tygodnik etyczny" nr 26 z 26 czerwca 1909 r., A. Wr[óblewski], Przytułki dla upadłych kobiet, s.414-415. 
[6] Małgorzata Szturomska, Opowieść o pewnej hrabinie i piaseczyńskim schronisku, czyli jak ratowano kobiety upadłe, 9 września 2015 r., www.przegladpiaseczynski.pl/historia