Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nowiny Codzienne". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nowiny Codzienne". Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2019

Popłoch w Skolimowie - 1932 r.

"Nowiny Codzienne" z czwartku 11 sierpnia 1932 r. (nr 109) donosiły:

Popłoch na letniskach 
Nagły przyjazd sześciu komorników do Skolimowa 
Trzy czwarte mebli pod sekwestrem 

Od pierwszego sierpnia wszelkie egzekucje zaległości podatkowych prowadzone przez gminy miejskie, zostały przejęte przez władze skarbowe. Nikt jednak z pośród płatników nie mógł przypuszczać, by władze skarbowe tak szybko i tak energicznie wzięły się do pracy. 

To też wielką niespodzianką dla mieszkańców letnisk podmiejskich, zwłaszcza Skolimowa, był wczorajszy przyjazd sześciu egzekutorów skarbowych, zaopatrzonych w szerokie pełnomocnictwa, na których podstawie przystąpili do ściągania wszelkich podatków od właścicieli will. 

Willa - pensjonat “Kowalewo” (na pocztówce błędnie p. Kowalskiej)

Nietrudno sobie wyobrazić panikę, jaka wynikła z tego powodu. Sekwestratorzy w asyście policjantów i funkcjonariuszy gminnych obchodzili wille, żądając natychmiastowego zapłacenia zaległych kwot, w przeciwnym razie grozili zabraniem rupieci. Groźby te zdenerwowały w najwyższym stopniu lokatorów - letników. Perspektywa pozostania bez mebli, z którymi mieszkania są odnajmowane na okres letni, była smutna. Pomyśleć tylko! Letnik, pozbawiony łóżek, musiał by sypiać w hamaku lub na podłodze, zamiast krzeseł używałby skrzynek po węglu, a zamiast stołu — koszów i waliz, sprowadzonych z Warszawy. 

Jeziorka w Skolimowie. Fot. Henryk  Poddębski

Okazało się, że zaległości podatkowe są tak wielkie, iż 75 procent mebli z will trzeba byłoby zabrać. Gdyby je złożono w jedno miejsce, powstałaby góra, sięgająca śnieżnych szczytów Mont Blanc. 

Po stwierdzeniu takiego stanu rzeczy, egzekutorzy wyjechali z niczym, w celu złożenia raportu swoim władzom. Zapowiedzieli jednak że po piętnastym wrócą. Sytuacja jest nadal poważna. 

Wieść o Skolimowskim najeździe rozniosła się szybko po innych letniskach. Na linii otwockiej z tego powodu panuje ogólne przygnębienie. Oczekiwano są nowe ekspedycje już w dniach najbliższych.

wtorek, 20 listopada 2018

Przedwczesna noc Kupały w Skolimowie


Jak szaleć to szaleć. I zaszaleli.  Dwóch panów, w sobotni wieczór wybrało się do kabaretu "Morskie Oko"....


"Nowiny Codzienne" z czerwca 1932 r. zamieściły pod wielce intrygującymi tytułami tekst, który i dzisiaj miałby szansę na publikację w kolorowym tygodniku/dwutygodniku: 

Pościg za pożeraczami kilometrów. 
Niezwykłe zakończenie rewii w "Morskim Oku". 
Wilanów, kołysanka wenecka i łzy p[ani] Zylbermanowej 

Świetny „Listek Figowy", w pełni chwały, ustępuje miejsca nowej rewii. Niewątpliwie dyrekcja „Morskiego Oka" przygotowała mnóstwo niespodzianek. Na razie stwierdzić należy, że w sobotę [11 czerwca] sala sympatycznego teatrzyku była po brzegi przepełniona. Bito brawo i wywoływano artystów. 

Po pierwszym przedstawieniu, dwaj rozentuzjazmowani widzowie i dwie towarzyszące im damy, opuścili teatrzyk i wsiedli do taksówki. Szoferowi polecili wieść się do Wilanowa. 

— Jestem pożeraczem kilometrów - oświadczył jeden z pasażerów - więc proszę nie żałować gazu. 

Kabaret "Morskie Oko". Warszawa, ul. Jasna 3

Kierowca, p[an] Jan Tomaszewski ([zamieszkały: ulica] Kopińska 13) pomknął jak strzała. Po krótkim popasie w Wilanowie towarzystwo pojechało do Skolimowa, gdzie rozpalili w lesie ognisko. Panienki śpiewały, a panowie udawali obrzędy ludowe w noc Świętojańską[1]

Ze Skolimowa auto ruszyło ku Warszawie i zatrzymało się przed wykwintnym hotelem „Wenecja" ([ulica] Nalewki 11), gdzie obie pary spędziły około trzech godzin, po czym tą samą taksówką pojechały do „Grubego Joska“ na Gnojną. Ponieważ „pożeraczowi kilometrów" zabrakło 22 złotych do rachunku, więc pożyczył tę sumę od szofera p[ana] Tomaszewskiego. 

O g[odzinie] 9 rano [12 czerwca] panowie odwieźli panienki do hotelu „Wenecja", a sami pojechali na ul. Gęsią i weszli do jednej z bram. 

Cierpliwy szofer czekał do godziny 12 w południe. I dopiero wtedy dowiedział się, że dom jest przechodni, czyli, że pasażerowie drapnęli. Nie zrezygnował jednak z należności za jazdę, gdyż licznik wybił 46 złotych, co razem z pożyczoną sumą wynosiło złotych 68. 

Warszawa, kamienice na ul. Nalewki. Od lewej nr 7, 9 i 11

Po stwierdzeniu oszustwa, p[an] Tomaszewski natychmiast pojechał do hotelu „Wenecja" pokonferował z portierem i dowiedział się, że w jednym z numerów istotnie zamieszkują dwie dziewuszki, lżejszego kalibru. Udał się więc do pokoju, podniósł w oknie roletę i zawołał: 

— No, panny, wstawać! Bo jak nie, to sprowadzę policję. 

Zaspane dziewczynki, nie zrozumiały początkowo o co chodzi. Gdy jednak p[an] Tomaszewski wszystko im wytłumaczył, zgodnie oświadczyły, że znają jednego tylko z „facetów", mianowicie Maksia [Maksymiliana] Zylbermana, zamieszkałego przy ul. Mylnej 9. Tam pojechał p[an] Tomaszewski. Niestety, nie zastał „pożeracza kilometrów", lecz w zamian zawarł znajomość z jego żoną, która dowiedziawszy się o dziewczynkach i o „kołysance weneckiej", wpadła w okrutny gniew. 
Warszawskie taksówki

Długo radzono, jak wybrnąć z sytuacji, gdyż w domu nie było pieniędzy na zapłacenie za taksówkę. Dopiero ktoś poradził, żeby uciec się do pomocy lombardu. Pani Zylbermanowa załadowała do samochodu maszynę, „Royal“ swego męża i zawiozła ją do ratusza. 

Sprawę załagodzono. P[an] Tomaszewski był na tyle uprzejmy, że odwiózł do domu p[anią] Zylbermanową we łzach i w taksówce [taksówką]. Trzeba trafu, że na ul. Przejazd natknęli się na „pożeracza kilometrów", którego żona tak mocno schwyciła za szyję, że nie mógł zipnąć. Jednakże wyrwał się i zaczął uciekać. W pościgu brał udział posterunkowy Kwieciński. Winowajcę schwytano na ul. Karmelickiej. Przeprosił żonę za wszystko, co się stało i obiecywał poprawę. Ponieważ należność za jazdę do Skolimowa i po Warszawie została uregulowana, p[an] Tomaszewski nie rości już żadnej pretensji, wobec czego obeszło się bez spisywania protokołu. Strach jednak pomyśleć co ten biedny Zylberman będzie miał w domu. Nazwisko jego kompana nie jest ustalone. 


za: "Nowiny Codzienne" nr 47 z 13 czerwca 1932 r.




[1] Noc Kupały wypadała prawie dwa tygodnie później.

wtorek, 12 września 2017

Nie warto łamać drzewek - 1934 r.

"Nowiny Codzienne" w czwartek 15 listopada 1934 r. donosiły:

Władysław Wagner ([zamieszkały przy ulicy] Stalowa 41) został skazany na 25 zł grzywny za złamanie drzewka przy ul. Zygmuntowskiej, oraz na 20 zł odszkodowania na rzecz wydziału ogrodniczego zarządu miejskiego.


Ulica Zygmuntowska w Warszawie lat trzydziestych to odcinek od mostu do ulicy Targowej. Nazwa została zmieniona 22 lipca 1949 r. na aleję generała Karola Świerczewskiego.

Warto dodać, że kara wynosząca 45 złotych, była wysoka. W II Rzeczypospolitej za naprawdę solidną pensję uważano pobory rzędu 250 złotych. W stolicy robotnicza pensja sięgała 160 złotych.