wtorek, 7 lutego 2017

Kolej do Jeziorny 1935 r.

Fabryka papieru na Mirkowie swoje produkty wysyłała w różne zakątki kraju i Europy. W momencie kiedy zmalało znaczenie transportu wodnego na Wiśle, spowodowane m.in. wykorzystaniem kolei jako środka transportu, papiernia na Mirkowie musiała znaleźć inne rozwiązanie dla przewozu surowca jak i gotowego produktu. Zdecydowano się poprowadzić od kolejki wilanowskiej z Klarysewa bocznicę. Szyny prowadzące do fabryki ułożono na obecnej ulicy Mirkowskiej, następnie wiodły one groblą nad kanałem, w kierunku „Szmaciarni” (dziś CH „Stara Papiernia”). Transport obsługiwała trakcja konna. 


Trakcja konna w  fabryce na Mirkowie.
Zdjęcie ze strony konstancin24.eu

Z czasem okazało się, że z ekonomicznego punktu widzenia lepiej wybudować własną linię kolejową. I to nie wąskotorową, lecz normalnotorową, która umożliwiłaby kontakt z całą Europą. I tak wiosną 1935 r. zaczęto budowę jednotorowej 11 kilometrowej bocznicy szlakowej linii kolejowej Warszawa-Radom (linia kolejowa nr 937). Po sześciu miesiącach 8 października 1935 r. odbyło się poświecenie i oficjalnie otwarcie tej linii kolejowej między Piasecznem a Jeziorną, sfinansowanej w całości przez Mirkowską Fabrykę Papieru S.A. W uroczystości wziął udział wiceminister komunikacji inż. Julian Piasecki, przedstawiciele władz państwowych, reprezentanci przemysłu i handlu krajowego oraz licznie zgromadzona okoliczna ludność. Poświecenia linii dokonał miejscowy ksiądz kanonik Stanisław Kozłowski.

Trzy pocztówki pokazujące tory na Mirkowie.
Zdjęcia ze stron: 2. fotopolska.eu, 3. konstancinjeziorna.blox.pl

Ale oddajmy głos sprawozdawcy:

Połączenie komunikacyjne Mirkowskiej Fabryki Papieru z koleją Warszawa-Radom


8 b.m. odbyła się opodal stacji Piaseczno niecodzienna uroczystość, poświęcenia nowo zbudowanej bocznicy Mirkowskiej Fabryki Papieru, łączącej Jeziornę z miastem Piaseczno, a więc z linią Kolei Państwowych Warszawa - Radom. Bocznica ta, a raczej odnoga ma 11 klm długości i przechodzi obok licznych osiedli, wśród których wymienić należy Skolimów i Konstancin. Praca nad wykonaniem bocznicy przeprowadzona była w szybkim tempie, i trwała niespełna 6 miesięcy.




Bocznica zaopatrzona jest w szereg doskonałych urządzeń technicznych. Między innymi posiada ona most żelazno-betonowy o rozpiętości 16 mtr. 
Uroczystość poświęcenia odbyła się przy pięknej pogodzie w pobliżu stacji kolejowej Piaseczno, gdzie ustawiona została efektowna brama, przybrana barwnie kolorami narodowymi. Licznie zebranych gości, rekrutujących się z wybitnych przedstawicieli naszego świata przemysłowego i finansowego oraz prasy, powitał prez[es] zarządu p[an] Janusz Regulski, podnosząc w swoim przemówieniu, iż uroczystość ma większe i szersze znaczenie, aniżeliby to wynikało z wybudowania zwykłej bocznicy fabrycznej ze względu przede wszystkim na jej długości, która nadaje jej charakter linii kolejowej, oraz ze względu na ciężkie czasy, w których Mirkowska Fabryka Papieru wysiłku tego, wyrażającego się poważną sumą 1.400 tys[ięcy] dokonała. 



Dokonanie tego dzieła, podnosi mówca, jest jeszcze jednym więcej dowodem, że inicjatywa prywatna, popierana przez Państwo i przejawiająca się w twórczości inwestycyjnej i produkcyjnej jest w stanie doprowadzić kraj do rozwoju gospodarczego, który jest niezbędnym atrybutem trwałego bytu każdego państwa. Aktu otwarcia i symbolicznego przecięcia wstęgi dokonał p[an] Minister inż. Julian Piasecki, po czym zabrał głos ks. kan[onik] [Stanisław] Kozłowski, który błogosławiąc dokonanemu dziełu życzył fabryce, zatrudniającej od 150 blisko lat znaczna część mieszkańców Jeziorny i jej okolic, dalszego rozwoju i pomocy Bożej. po wygłoszeniu tego przemówienia ks. kan[onik] [Stanisław] Kozłowski dokonał poświęcenia bocznicy. Następnie zabrał głos inż. Henryk Karpiński - prezes "Centropapieru". W doskonałym przemówieniu prezes Henryk Karpiński omówił wielkie znaczenie nowo wzniesionej bocznicy i nawiązując do historii fabryki, której papier znany już w Polsce w roku 1786, podkreślił z uznaniem tendencje kierownictwa fabryki, polegające na stałych pracach specjalizacyjnych i stałej modernizacji jej urządzeń technicznych.



Trzy ilustracje Mirkowskiej Fabryki Papieru ze strony wcn.pl


Mirkowska Fabryka produkująca jak wiadomo najwyższe gatunki papieru bezdrzewnego i wysokogatunkowych bibułek, posiada ustaloną reputację zarówno na rynku polskim, ja i na licznych rynkach zagranicznych, dokąd jej wyroby docierają. Po przemówieniu prezesa Henryka Karpińskiego zebrani udali się specjalnym pociągiem do fabryki w Jeziornie.

Orkiestra fabryczna i karne szeregi przysposobienia wojskowego rekrutującego się spośród personelu fabrycznego czekały gości.


Brama w Piasecznie przybrana w barwy narodowe przygotowana
do uroczystości poświęcenia i otwarcia linii kolejowej.
Widać lokomotywę składu, który przewiózł gości do Jeziorny


Przy dźwiękach marsza pan Minister inż. Julian Piasecki przeszedł przed frontem kompanii honorowej P.W.[Przysposobienia Wojskowego], po czym nastąpiło zwiedzanie fabryki. Po zwiedzeniu fabryki i niesłychanie ciekawych jej urządzeń technicznych, zarząd spółki podejmował gości tradycyjną lampką wina.



Ks. kanonik Stanisław Kozłowski poświęca linię kolejową.
Po prawej stronie bokiem stoi minister Julian Piasecki,
za nim stoi Janusz Regulski (?).
W jasnym płaszczu Henryk Karpiński (?)


Zobrazowawszy tak pokrótce przedwczorajszą uroczystość, nie od rzeczy będzie poświęcić słów parę tej jednej z największych w Polsce fabryk papieru. Zasadniczą cechą tej placówki jest fakt stałego rozszerzania zakresu swej produkcji w celu eliminowania importu. Ostatnio np. Mirkowska Fabryka Papieru zainstalowała najbardziej nowoczesną maszynę do wyrobu pergaminu roślinnego i w ten sposób wprowadziła nową gałąź produkcji dotychczas w kraju nieistniejącą. Należy się spodziewać, iż doskonały pergamin produkcji polskiej wyprze z rynku odpowiednią wytwórczość zagraniczną. Dążenie bowiem, w tym zakresie, stosownie do informacji, których zasięgnął nasz współpracownik w Mirkowskiej Fabryce idą bardzo daleko. Kierownictwo fabryki spodziewa się, iż w najbliższym czasie pergamin roślinny znajdzie się na rynkach zagranicznych, podobnie jak wiele innych wyrobów tej placówki, wśród których wymienić należy bibułkę papierosową, rozchodzącą się nie tylko do krajów europejskich, lecz również i do zamorskich. Placówce przemysłowej, wykazującej zdrową cechę stałego rozwoju składamy również ze swojej strony, w związku z uruchomieniem bocznicy, życzenia pomyślności i dalszego rozwoju dla dobra przemysłu i gospodarki polskiej.


za: "Codzienna Gazeta Handlowa" nr 235 z 10 października 1935 r., s.3; ilustracje z uroczystości z niedzielnego dodatku ilustrowanego do "Kuriera Warszawskiego" nr 288 z 20 października 1935 r., s.4.




Pokrótce chciałbym przedstawić głównych aktorów tej uroczystości:

Janusz Regulski urodził się 27 grudnia 1887 r. w Zawierciu. Uczył się w Szkole Handlowej E. Rontalera w Warszawie. Dyplom magistra z nauk handlowych i ekonomicznych uzyskał w 1909 r. w Liège. W czasie pierwszej wojny światowej służył w armii rosyjskiej. Następnie służył w I Korpusie Polskim gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego. W grudniu 1919 r. rozpoczął pracę w spółce akcyjnej "Siła i Światło". 13 lipca 1920 r. zgłosił się do wojska jako ochotnik. Po zwolnieniu z czynnej służby (w randze majora) powrócił do pracy w firmie "Siła i Światło". W 1923 r. został właścicielem Zarybia. Był współtwórcą koncepcji założenia na trasie Elektrycznej Kolejki Dojazdowej miasta-ogrodu Podkowa Leśna. W 1933 r. został prezesem zarządu i naczelnym dyrektorem spółki "Siła i Światło". Od 1928 r. był również prezesem zarządu Mirkowskiej Fabryki Papieru, a w latach 1932-1934 – wiceprezesem syndykatu "Centropapier". Pełnił wiele funkcji społecznych, m.in. członka rady Centralnego Związku Przemysłu Polskiego, wiceprezesa Automobilklubu Polski, prezesa Polskiego Związku Łowieckiego. Należał do współzałożycieli Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Po wybuchu drugiej wojny światowej został powołany 4 września 1939 r., na stanowisko komendanta głównego Straży Obywatelskiej w oblężonej Warszawie. Następnie działał w Radzie Głównej Opiekuńczej. Po zakończeniu wojny podjął działalność w Automobilklubie Polskim i w PZŁ. Pracował w EKD. W 1948 r. został aresztowany i skazany na 14 lat więzienia, w r. 1955 r. zrehabilitowany i wypuszczony na wolność. Zmarł 17 kwietnia 1983 r. w Warszawie Był odznaczony m. in. Srebrnym Krzyżem Orderu Wojskowego Virtuti Militari.


Julian Marian Piasecki (ps. "Bogusław", "Wiktor") urodził się 13 lutego 1896 r. w Warszawie. W 1913 r. ukończył tu gimnazjum. Czynny był w „Strzelcu”, służył w Legionach Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej. W latach 1915–1918 studiował na Politechnice Warszawskiej. Po zakończeniu wojny z bolszewikami pełnił służbę w 74 Pułku Piechoty. W 1924 r. był wykładowcą w Oficerskiej Szkole Inżynierii. 1 listopada 1925 r. rozpoczął naukę na Kursie Normalnym Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. 28 października 1927 r., po ukończeniu kursu i uzyskaniu dyplomu naukowego oficera Sztabu Generalnego, przydzielony został do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie, na stanowisko asystenta. Obowiązki wykładowcy łączył z funkcją starszego asystenta w Katedrze Dróg Żelaznych na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej. Do stopnia majora awansowany został 1 stycznia 1931 r. Od 1933 r. pełnił funkcję pierwszego wiceministra komunikacji, był członkiem Rady Naczelnej organizacji politycznej Obóz Zjednoczenia Narodowego i prezesem Automobilklubu Polskiego. W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. pełnił obowiązki pierwszego wiceministra komunikacji, którą łączył z funkcją szefa II Eszelonu Szefostwa Komunikacji Naczelnego Wodza. Podczas okupacji niemieckiej należał do konspiracyjnego Obozu Polski Walczącej. 2 sierpnia 1944 r. został ciężko ranny podczas walk powstańczych. Zmarł 3 sierpnia w Szpitalu Maltańskim. Wielokrotnie odznaczany m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Wojskowego Virtuti Militari.


Henryk Karpiński urodził się 30 czerwca 1873 r. w Warszawie - zmarł 19 lutego 1960 r. w Łodzi. W 1892 r. uzyskał maturę w Rydze, następnie studiował na Wydziale Chemicznym Politechniki Ryskiej, kontynuował studia na Uniwersytecie w Lipsku. Po studiach zatrudnił się jako chemik w garbarni braci Pfeiffer w Warszawie, w latach 1899-1905 wicedyrektor Towarzystwa Aukcyjnego Fabryki Garbarskiej “Temler & Schwede” w Warszawie, w 1905 r. został dyrektorem Szlesserowskiej Przędzalni i Tkalni Bawełny w Ozorkowie, w latach 1911-1915 oraz 1918-1920 pracował w przemyśle papierniczym jako dyrektor Mirkowskiej Fabryki Papieru w Jeziornie, w latach 1921-1931 był dyrektorem Pabianickiego Towarzystwa Fabryk Papieru Robert Sänger, od 1932 r. prezesem zarządu syndykatu “Centropapier”. W czasie II wojny światowej był dyrektorem naczelnym w fabryce chemicznej M. Leszczyński S.A. i w Towarzystwie Akcyjnym “Nasz Sklep” - "Ubrania”, w latach 1945-1947 był dyrektorem Północnego Zjednoczenia Przemysłu Papierniczego, w latach 1923-1939 wykładał papiernictwo na Politechnice Warszawskiej, był współzałożycielem Politechniki Łódzkiej i kierownikiem katedry papiernictwa. Wielokrotnie był odznaczany m.in. Krzyżem Kawalerskim OOP.

zdjęcia portretowe za: zbiory NAC ; ipsb.nina.gov.pl ; archiwumkorporacyjne.pl

Niestety papierni już nie ma i torów do niej też......

sobota, 4 lutego 2017

"Maryś" Kazimierza Nowaka

Łódź "Afrykańska Królowa". Zdjęcie ze strony filmweb.pl

Pamiętacie "Afrykańską królową"? Afryka, czasy I wojny światowej. Rok 1914. Na terenie niemieckich kolonii w Afryce Środkowej rozpoczynają się działania wojenne. Charlie Allnut mechanik z kopalni złota, kawaler, łowca przygód i właściciel rozsypującej się łodzi "Afrykańska królowa" decyduje się po śmierci miejscowego misjonarza, który zginął w wyniku ataku oddziałów niemieckich na afrykańską wioskę, przewieźć jego siostrę Rose, w bezpieczne miejsce. Sytuacja się komplikuje, gdy Rose postanawia ruszyć w dół niezbadanej i pełnej śmiertelnych niebezpieczeństw rzeki, by zatopić niemiecki okręt trzymający w szachu alianckie wojska inwazyjne. Film kręcony był m.in. w Ugandzie, czyli niedaleko miejsc, gdzie rozgrywały się prawdziwe wydarzenia I wojny światowej. 


Poniższe zdjęcie z niedzielnego dodatku ilustrowanego "Kuriera Warszawskiego" (nr 288 z 20 października 1935 r.), którego liczne egzemplarze znajdowały się w domu dziadków, zawsze kojarzyło mi się z tym filmem.


"Maryś"? Zapewne większość z Was pokręci głową. A przecież była nie mniej słynna. Płynął na niej Kazimierz Nowak. Właśnie mija 120 lat od daty jego urodzenia i 80 lat od daty jego śmierci. Spytacie kto to? 

Kazimierz Nowak urodził się 11 stycznia 1897 r. w Stryju. Zmarł młodo, w wieku czterdziestu lat, 13 października 1937 r. w Poznaniu. Podróżnik, korespondent i fotograf, pionier polskiego reportażu. W latach 1931-1936 przebył samotnie kontynent afrykański z północy na południe, a następnie z powrotem, pokonując około 40 tys. km rowerem, pieszo, konno, na wielbłądzie, czółnem oraz pociągiem.

Kazimierz Nowak. Zdjęcie ze strony pl.wikipedia.org

Jego droga na południe przebiegała przez: start listopad 1931 r. Trypolis, Bengazi, Tobruk (Libia) - Kair (Egipt) - Chartum, Malakal (Sudan anglo-egipski) - Kongo Belgijskie - Elisabethville (Rodezja Północna) - Rodezja Południowa - Pretoria, Przylądek Igielny (Związek Południowej Afryki) meta maj 1934 r.
Droga na północ: start maj 1934 r. Przylądek Igielny, Kapsztad (Zwiazek Południowej Afryki), Windhuk (Afryka Południowo-Zachodnia) - Angola - Leopoldville, Brazzaville (Kongo Belgijskie) - Fort Lamy (Francuska Afryka Równikowa) - Francuska Afryka Zachodnia - Algier (Algeria) meta listopad 1936 r.

Z podróży publikował reportaże w prasie polskiej ("Światowid", "Na Szerokim Świecie", "Naokoło świata", "Ilustracja Polska", "Przewodnik Katolicki"), a także francuskiej, włoskiej i brytyjskiej. Wydano jego listy w "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" i "Kochana Maryś. Listy z Afryki". Do dnia dzisiejszego zachowało się ponad 1200 jego listów do żony.

Jeszcze raz zdjęcie "Maryś" ale już w dużo lepszej jakości, bo nie z gazety. Ma też trochę inny podpis.

Podróż łódką "Maryś" po wodach Kasai, Kongo Belgijskie 1935 r. 
Fotografia ze zbiorów Fundacji im. Kazimierza Nowaka 
pobrana ze strony facet.interia.pl

W zbiorach NAC znalazłem jeszcze dwie fotografie "Maryś":


Port-Francqui (dzisiaj Ilebo) nad rzeką Kasai, Kongo Belgijskie 1935 r.

Rzeka Kasai, Kongo Belgijskie 1935 r.

Na koniec mała dygresja dotycząca obsady filmu "Afrykańska królowa" (1951):

110 lat temu urodziła się Katharine Hepburn (1907 r.)
105 lat temu urodził się Peter Bull (1912 r.)
105 lat temu urodził się Peter Swanwick (1912 r.)
60 lat temu zmarł Humphrey Bogart (1957 r.)
25 lat temu zmarł Robert Morley (1992 r.)
20 lat temu zmarł Walter Gotell (1997 r.)

wtorek, 31 stycznia 2017

Zakład Gospodarczy w Chyliczkach

W 1883 r. przy ulicy Pięknej w Warszawie Cecylia Plater-Zyberkówna otworzyła Zakład Rzemiosł dla Kobiet. Z czasem postanowiła otworzyć nową szkołę, tym razem pod Warszawą. W 1890 r. odkupiła od Leona Braunsteina Chyliczki za kwotę 40 000 rubli. Rok później, we wrześniu 1891 r. Zakład Gospodarczy rozpoczął działalność. Zajęcia prowadzone były w budynku gospodarczym, który mieścił kuchnię, piekarnię, pralnię oraz jadalnię dla uczennic, a także małą kaplicę. Właścicielka i nauczycielki mieszkały w tzw. "Poniatówce". W 1895 r. dodatkowo zbudowano budynek (tzw. „drewniaczek”), który pełnił rolę internatu dla dziewcząt. Z czasem okazało się, że te pomieszczenia są już niewystarczające dla prowadzenia szkoły. 


Cecylia Plater-Zyberkówna.
Zdjęcie z strony pl.wikipedia.org
W 1899 r. rozpoczęto więc budowę nowego gmachu, który po trzech latach został oddany do użytku. Od wschodu wejście do budynku zdobiła oszklona weranda, a od zachodu duży taras z balustradą. W suterenie znajdowały się szatnia, pralnia, magazyny, umywalnia i sanitariaty. Budynek spełniał wszystkie wymogi nowoczesnego zakładu. Dlatego też uruchomiono nowe działy kształcenia gospodarczego: spiżarnia, kuchnia, piekarnia, przetwory owocowe, jarzynowe i mięsne, pralnia, porządki domowe, mleczarnia, hodowla drobiu, trzody chlewnej, ogrodnictwo i ratownictwo. Do tego doszły zajęcia dodatkowe takie jak: etyka, pedagogika, higieny, ekonomia społeczna oraz prawoznawstwo.

W pierwszej fazie istnienia zakładu uczennicami były głównie panny ze wsi, uczące się m.in. na gospodynie, kucharki, praczki. Jednak stopniowo zaczęto przyjmować panienki z wykształceniem średnim. Po 1906 r. przyjmowano już wyłącznie absolwentki szkół średnich.

Dokładny opis Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach z tego okresu znajdujemy w trzech numerach tygodnika "Kronika rodzinna" w materiale podpisanym przez "Wolę" i "Czyn" (sic!).


Jeden dzień w Chyliczkach 


Ciemny, smutny, pochmurny ranek zawisł nad Warszawą i deszcz grozi lada chwila, nie zwracając jednak uwagi na niepewna pogodę, wsiadamy do dorożki i każemy wieźć się na stację Grójeckiej kolejki. W kilkanaście minut stajemy na miejscu, lecz tu zaraz słyszymy słowa: 
– "Pociąg odszedł przed chwilą!" –
jesteśmy więc spóźnione; cóż teraz robić? umówiłyśmy się wczoraj z całym towarzystwem, wszyscy już pewnie pojechali, a co z nami będzie? Niedługo jednak zadajemy sobie te
pytania, bo oto spostrzegamy kilka osób z naszego grona, zapewne także spóźnionych i niewiedzących co czynić. Spotykamy się zaraz i wspólnie naradzamy: następny pociąg wychodzi dopiero za kilka godzin – całe nasze towarzystwo, od dawna już w Chyliczkach zgromadzone, niepokoić się o nas będzie, czekać więc tak długo niepodobna; musimy innego sposobu się chwycić, to też we trzy, decydując się, bez dłuższego namysłu wsiadamy do jednej, ze stojących jednokonnej, małej bryczuszki i, sprawdziwszy tylko, czy nie Żyd jest jej właścicielem, każemy jechać do Chyliczek, zostawiając resztę maruderów własnemu ich pomysłowi. 

Stąd ruszała kolejka do Piaseczna.
Plac Unii Lubelskiej (dawniej Plac Keksholmski).
Zdjęcie ze strony duchywarszawy.blogspot.com

Zaledwie jednak ujechałyśmy niecałą wiorstę drogi, zaskoczył nas, ten od rana grożący, silny deszcz wraz z gradem, a ponieważ bryczka była bez żadnego nakrycia, a i my również, licząc na podróż koleją, nic z sobą nie wzięłyśmy, więc też od razu doszczętnie zostałyśmy przemoczone i woda strumieniami z nas ściekała, wobec czego wygląd każdej był tak zabawnym, że nas to ciągłe pobudzało do szalonej wesołości. 

Na szczęście niedługo deszcz ustaje, niebo się trochę rozjaśnia i nawet słońce przebłyskuje z po za chmur, ażeby nas swymi promieniami osuszyć. 

Po półtorej godzinie dojeżdżamy już do Piaseczna, małego miasteczka, skąd do Chyliczek już tylko niecała wiorsta, ale niema więcej szosy, a droga pokryta jest tak gęstym i głębokim błotem, że biedne konisko musiało dobywać sił wszystkich, aby nas z niego wyciągnąć; my zaś z przerażeniem oczekiwałyśmy chwili, gdy, wskutek silniejszego przechylenia bryczki, znajdziemy się na dnie tego błota.

Szczęście jednak, bez dalszych już wypadków, wjeżdżamy w bramę, mijamy kilka domków, ogród i stajemy przed dużym, murowanym domem z oszklonym wejściem, w którego oknach ukazują się białe chusteczki i zaciekawione oczy praktykantek. Zawstydzone naszym opłakanym wyglądem, wchodzimy do obszernej i widnej sieni o terakotowej posadzce; stamtąd dostajemy się na wewnętrzny korytarz i do pokoju przyjęć, gdzie witamy całe już prawie zgromadzone towarzystwo, opowiadając o przygodach i otrzymując pochwały za okazaną energię. 


Uczennice Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach.
Od lewej:  Z. Michnowicz, A. Piątkowska, A. Broniewska, J. Kiełpińska,
 siedzi z przodu M.Grabska.
Fotografia wykonana 19 kwietnia 1906 r.
Zdjęcie ze strony piatkowski.plewako.pl


Zanim cośkolwiek zwiedzać zaczniemy, przyprowadzamy jako tako do porządku bardzo nieładnie wyglądające ubiory nasze, w czym dopomagają nam uczące się tu panienki, które, dla rozgrzania nas, przyniosły gorącego rosołu własne zapewne roboty. 

W pokoju, do którego najpierw wprowadzone jesteśmy, t.j. w tak zwanej poczekalni, zwracają uwagę, rozwieszone na ścianach, tablice z malowanymi wyobrażeniami kur rozmaitego gatunku, a stojący w rogu wypchany kogut wygląda bardzo wspaniale; oprócz tego spostrzegłyśmy fotograficzna grupę uczennic , które już dawniej zakład ten opuściły. Dalej tablicę, na której znajduje się wypalona krowa, podzielona na części numerowane, według gatunku mięsa; jest to robota jednej z uczennic, podobno wynik pobieranych tu lekcji weterynarii. 

Wszędzie, tak w pokojach, jak i korytarzach i schodach uderza wzorowy porządek i nadzwyczajna czystość, która więcej posiada uroku, niż komfort najwyszukańszy, a zaniedbany. 

Wysuszone i ogrzane zaczynamy zwiedzanie zakładu od kaplicy, która jest niewielka, ale bardzo miłe robi wrażenie: widna, jasna, o ładnych, kolorowych oknach, z których na jednym przedstawiona jest Matka Boska. Chrystus ukrzyżowany spogląda z głównego ołtarza, a w bocznym Królowa nasza Jasno-Górska czeka na przychodzących do Niej z prośbami, aby ich zawsze wysłuchać. Jakże miło być musi uczennicom, gdy znużone całodzienną pracą fizyczną, co dzień; przy wspólnym, wieczornym pacierzu zgromadzają się tutaj, zjednoczone duchem i modlitwą. 


Z kaplicy udajemy się do sypialni panienek, które dzielą się na praktykantki i uczennice. Różnica między pierwszymi a drugimi polega na wyższej opłacie i lepszym stole; w zajęciach różnicy nie ma żadnej. Wszystkie wstają o godzinie 7-ej i same muszą sobie posłać łóżka, oczyścić suknie i trzewiki, a to w tym celu, ażeby się nauczyły obywać bez ciągłej usługi. 

Zajęcia mają teoretyczne i praktyczne. Słuchają wykładów higieny, weterynarii, hodowli, mleczarstwa; w lecie ogrodnik, przyjeżdżający z Warszawy, udziela lekcji ogrodnictwa. Poza tym uczą się wykonywania własnoręcznie wszelkich robót praktycznych; same gotują, piorą, prasują, zajmują się około drobiu i trzody. 

Praktykantek jest trzynaście. Sypialnia ich przedstawia nader miły widok; jest to duża, jasna sala, podzielona na 15 maleńkich pokoików, tak, że każda panienek posiada swój kącik osobny. Pokoik taki ma trzy, nie bardzo wysokie, drewniane ścianki jasno-zielonawego koloru, z ciemniejszymi wrębami, a zamiast czwartej, białą firankę zasuwaną, stanowiącą wejście. Znajduje się tam łóżko biało zasłane, obok niego szafka na suknie i bieliznę, umywalka z białą miednicą, nad łóżkiem półeczki na wszelkie drobiazgi. 

Uczennice śpią także wszystkie w jednej sali, ale łóżka ich niczym nie są rozdzielone; umywalnie również mają wspólne, tylko poprzegradzane białymi firaneczkami. 

Do sypialni przytyka pokój dla nie zaraźliwie chorych. 

Budynek Zakładu Gospodarczego w Chyliczkach.
Zdjęcie ze strony przegladpiaseczynski.pl

Na drugim piętrze znajduje się strych, na którym rzędami ustawione są skrzynie drewniane na bieliznę do prania, każda z napisem, na jakie części bielizny jest przeznaczona. Pod ścianami stoją oznaczone numerami kosze i kufry praktykantek, dalej w osobnym oddziale skład ubrań uczennic, a więc: szafa na mundurki, z których każdy wisi pod swoim numerem, szafa na suknie nie mundurowe, wieszadła na okrycia, półki na buciki i kalosze, a wszystko to w należytym porządku. 

W dalszych oddziałach strychu znajdują się rozmaite zapasy spiżarniane i rzeczy zapasowe. Winda dochodzi aż na samą górę, nie ma więc trudności w znoszeniu choćby najcięższych przedmiotów. Ze strychu wracamy na dół, do jadalni, w której, na wprost drzwi, zawieszony jest obraz Chrystusa, błogosławiącego chleb. W oznaczonych godzinach przy dwóch stołach zasiadają panienki do posiłku. Zastawa przechowywana jest w szafie, stojącej w rogu pokoju; prócz niej znajduje się inna z wieloma przegródkami, przeznaczonymi na podręczne rzeczy panienek. Naprzeciwko jadalni, oddzielona od niej korytarzem, jest umieszczona spiżarnia. Wchodzić do niej wszystkim panienkom nie wolno, tylko dyżurna przez wycięte w drzwiach okienko podaje żądane przedmioty. Szufladki i półki zapełnione słojami zawierają wszystko, co w gospodarstwie w ciągu całego dnia może być potrzebne. u sufitu wiszą na bloczkach woreczki z rozmaitymi kaszami, owocami suszonymi i t.d. Ze spiżarni przechodzimy do kuchni, których jest dwie obok siebie. Jak w jednej, tak w drugiej, ogromny komin dochodzi aż do środka izby, podłoga kamienna bardzo ładna i czysta. W ogóle czystość wszędzie panuje; w kuchni naturalnie starają się o nią najwięcej. Stoją więc dla kucharek umywalki do mycia rąk wraz z ręcznikami; obok zmywaczki do naczyń, z których jedna służy do pierwszego zmycia brudnych naczyń, druga do potoknięcia ich w czystej wodzie. Umyte sztuki stawia się na specjalnym przyrządzie, złożonym z całego rzędu pręcików, poziomo na drewnianej podstawie osadzonych, na których naczynie z wody ocieka. na półce w bliskości komina cała armia słoików zawiera mąkę, korzenie i wszelkie przyprawy. 

W suterynach mieszczą się; mleczarnia, lodownia, spiżarnia główna, piekarnia, skład węgla, lampiarnia i izba robocza. 

Podczas naszego zwiedzania trzy panienki zajęte były w mleczarni; dwie układały masło, nadając mu przy pomocy odpowiednich deszczułek formę sześciokątną, a jedna wyżłobionymi deseczkami kręciła kulki, z których każda miała ważyć łut. W tej formie otrzymują praktykantki masło do kolacji, każda po trzy kulki. Do oddzielenia śmietanki używa się centryfugi i ochładzacza; do wyrobu masła – baryłek, poruszanych za pomocą korby ręcznej. 


Obok mleczarni znajduje się serownia. Składa się ona z dwóch izb: w pierwszej jest urządzony komin z dużym kotłem do gotowania twarogu, w drugiej skład serów. Na niskich półkach leżą one rzędami, czekając swego dojrzewania, które nie następuje prędzej, jak we dwa miesiące od chwili wyrobu. W spiżarni głównej zgromadzone są wszelkie zapasy: szynki, słonina solona, ułożone w beczułkach marynaty, najrozmaitsze konserwy, zarówno z owoców, jak jarzyn np. groszku, szparagów i t.p. Przy gotowaniu konserw w słoikach nie używają tutaj siana, jak to się najczęściej zdarza, lecz specjalnego przyrządu, który składa się z ażurowego cylindra, stojącego na szerokiej, metalowej podstawie i posiadającego u góry jak gdyby łapki do podtrzymywania kompotierek. Te ostatnie nie są obwiązane pęcherzem, lecz zamykają się hermetycznie przy pomocy plastra gumowego i szerokiego korka. Przyrząd ten doskonale zabezpiecza słoiki od stłuczenia, a konserwy od zepsucia, widziałyśmy bowiem konserwy, stojące przeszło rok, doskonale zachowane. 

Lampiarnia służy za skład lamp i miejsce do ich czyszczenia. Czynność ta należy również do uczących się panienek i dokonywana bywa, według określonych przepisów. Najpierw więc dyżurna rozkłada duży kawałek flaneli, na nim układa szkła i pojedyncze, rozebrane części lamp, z których każdą czyści za pomocą odpowiednich przyrządów (szczoteczek, drucików, waty), potem wszystkie części składa i dopiero nalewa naftę. 

Piekarnia składała się z dwóch izb: w jednej, zawierającej wszelkie do tego potrzebne naczynia, wyrabiają ciasto; w drugiej – pieką je w wielkim piecu chlebowym. 

Dalsze zwiedzanie przerwane zostało obiadem, który przyrządziły same uczennice tutejsze, dając tym świadectwo, że wiele się nauczyły i skorzystały. 

Po obiedzie zaczęłyśmy oglądanie gospodarstwa wewnętrznego od kurników, urządzonych bardzo praktycznie; widziałyśmy tu "inkubator", czyli przyrząd służący do wylęgania kurcząt, a także inny, zwany "hydromatką", w którym ogrzewają się małe kurczęta, za pomocą gorącej wody. Wszystkie kurniki mają asfaltowe podłogi, co bardzo sprzyja porządkowi, a przy tym jest pożyteczne, gdyż z takiej podłogi łatwiej zebrać nawóz, który bywa dość drogo sprzedawany do białoskórnictwa. Grzędy urządzone są w ten sposób, że wszystkie znajdują się na jednej wysokości; gdyż, jeżeli jest inaczej, wtedy, stosownie do przysłowia, które mówi: "daj kurze grzędę, a ona rzecze: jeszcze wyżej siędę" – rzeczywiście wszystkie kury chcą usiąść najwyżej, a wtedy powstaje zamieszanie i niezgoda, której unikać trzeba nawet między nierozumnymi istotami. 

Każda kura ma swój osobny koszyk do znoszenia jaj – do wysiadywania zaś mają również osobne i zupełnie spokojne miejsca. 


Ziarno znajduje się w naczyniach tak urządzonych, że się z nich wysypać nie może; woda zaś jest w gliniankach, z których spływa powoli siłą ciężkości do znajdującej się u spodu miseczki. Wspaniałe okazy kurzego rodu przechadzały się dumnie, wzbudzając rzeczywiście podziw swą postacią. Przyzwyczajone są one widocznie do odwiedzin, bo bardzo łaskawie pozwalały się brać do ręki i głaskać. 

Mniej grzecznymi okazały się kaczki i gęsi, bo powitały nas krzykliwymi głosami, to też pożegnałyśmy je prędko, aby przejść do stworzeń czworonożnych i nie odznaczających się w ogóle porządkiem, te jednak, które tu widziałyśmy, były wyjątkowo czysto utrzymane. Chlewy mają asfaltową podłogę, a każda sztuka posiada w swej klatce wzniesione miejsce ze słomy, służące za posłanie. Koryta urządzone są w ten sposób, że jedzenie kładzie się ze strony zewnętrznej i nic się rozlewać, ani rozrzucać nie może. Zaraz obok chlewów znajduje się parnik do gotowania kartofli, stanowiących pokarm trzody. 

Z chlewów udałyśmy się do obory, gdzie krów jest niewiele wprawdzie, ale za to doskonale utrzymanych; co dzień są myte i czyszczone szczotką, a obejście z nimi jest łagodne, co podobno wpływać ma bardzo na zwiększenie wydajności mleka. W oborze znajduje się tablica, na której zapisywany bywa udój mleka trzy razy dziennie. 

Objaśnienia o wszystkim przy zwiedzaniu dawała nam jedna z praktykantek, a ze sposobu w jaki mówiła znać było, że nabyła w Chyliczkach gruntownych wiadomości.


Niejedno jeszcze widzieć by się tu dało, ale ponieważ pociąg nie czeka, więc, bojąc się powtórnego spóźnienia, zbierać się musimy z powrotem do Piaseczna. Cała droga do Warszawy przeszła bardzo prędko w wesołym towarzystwie, przy ożywionej rozmowie, przeplatanej śpiewem chóralnym. Zakład chyliczkowski tak dodatnie na każdym wywrzeć musi wrażenie, że niejedną z nas ogarnęła chęć przepędzenia jakiegoś czasu w tym miłym ustroniu, gdzie nabyć można tyle ważnych wiadomości, a także tej najpotrzebniejszej, ale i najtrudniejszej zarazem umiejętności urządzenia sobie życia podług ściśle przepisanego regulaminu, tak jak to właśnie daje się zauważyć w Chyliczkach. 

To też, unosząc z tej jednodniowej wycieczki bardzo miłe wspomnienie, wyrażamy przy tym życzenie, aby kraj nasz posiadał jak najwięcej podobnie pożytecznych zakładów. 


za:
"Kronika rodzinna. Tygodnik obrazkowy, popularny, religijno-społeczny dla rodzin katolickich" z 1903 r., Dział obrazkowy; 
nr 40 z 18 września (1 października), s.317(957) - 318(958); 
nr 41 z 25 września (8 października), s.324(980) - s. 326(982); 
nr 43 z 9(22) października, s.341(1129) - s.342(1130).

uwspółcześniłem pisownię (np. spiżarnia a nie śpiżarnia; korytarz a nie kurytarz; i inne)

wtorek, 24 stycznia 2017

Letnisko Konstancin, Skolimów

W numerze ilustrowanego tygodnika "Ziarno" z 1904 r. zalazłem króciutki tekst o podwarszawskich letniskach.

Z naszych letnisk

Letniska podwarszawskie dzielą się na dwie grupy: jednę stanowi Konstancin, przedstawiający specyalny typ letniska, drugą letniska, że tak powiem, domorosłe, różniące się tylko większą lub mniejszą sumą wygód. 
W Konstancinie są wspaniałe wille, oświetlenie elektryczne, telefon, i t.d. i t.d., niema natomiast tej prawdziwej wsi, jakiej przedsmak daje Skolimów, na przykład, a jaką w całej pełni mamy na Urlach, w Czarnej Strudze i t.d. 
Obecny rok jest ciężkim dla letnisk: wiele mieszkań stoi pustkami; oczywiście jest to rezultat ogólny stanu ekonomicznego, jaki przechodzimy obecnie. 
Dzisiaj, gdy kwestya letnisk jest na czasie, należałoby szerzej omówić tę sprawę z punktu widzenia środków komunikacyi, dostawy produktów, urządzeń sanitarnych. 

Jeziorka w Skolimowie. Fot. Henryk Poddębski

Sądzimy, że właściciele letnich mieszkań powinni obecnie skorzystać z odpowiedniej pory i zaprosiwszy do udziału w obradach goszczących w tej porze u nich letników - urządzić naradę w zakresie pożądanych i możliwych reform i ulepszeń na naszych letniskach.
Konstancin ma niewątpliwą zasługę pod tym względem, że odciągnął kilkaset osób od wyjazdu za granicę, dając im tuż pod Warszawą letnisko doskonale urządzone.
W mniejszym stopniu można by to samo uczynić w Skolimowie, Urlach i t.d. W pierwszej z tych miejscowości już w roku bieżącym powstał pensyonat, który wybornie nadaje się na sanatoryum.
Może rok przyszły już je tam stworzy.
Tymczasem zwracamy uwagę na sprawę letnisk naszych, które obecnie stanowią wielce podatny temat do dyskusyi, mogącej być bardzo owocną w swych skutkach.

"Ziarno. Pismo tygodniowe ilustrowane" nr 27 z 18 czerwca (1 lipca) 1904 r., s. 17.

wtorek, 17 stycznia 2017

Wybory 1947 r.

90 lat temu komuniści przeprowadzili wybory do Sejmu Ustawodawczego. Zgodnie z postanowieniami konferencji jałtańskiej, legitymizacja władzy w Polsce miała się dokonać na drodze demokratycznych wyborów. Na konferencji poczdamskiej Bolesław Bierut zobowiązał się do przeprowadzenia wolnych i nieskrępowanych wyborów na początku 1946 r. W tym czasie jednak władza komunistyczna nie była jeszcze gotowa do wyborów. Zostały one przeprowadzone dużo później – 19 stycznia 1947 r.

Ze strony białystok.ap.gov.pl
W wyborach - formalnie wielopartyjnych - uczestniczyła lista wyborcza Bloku Demokratycznego (Polska Partia Robotnicza, Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Demokratyczne i Stronnictwo Ludowe). Poza blokiem było Stronnictwo Pracy i Polskie Stronnictwo Ludowe „Nowe Wyzwolenie”. Opozycję wobec PPR i innych ugrupowań od niej zależnych stanowiło Polskie Stronnictwo Ludowe.

Ze strony ipn.gov.pl
Przy bezpośrednim udziale funkcjonariuszy NKWD, metodami sprawdzonymi w referendum ludowym z 1946 r. władza przeprowadziła, tuż przed wyborami, skoordynowaną akcję Wojska Polskiego (głównie Grupy Ochronno-Propagandowe, Brygady Propagandowe), Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Milicji Obywatelskiej, Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej oraz Urzędów Bezpieczeństwa przeciwko działaczom i politykom opozycji. Skrytobójczo zamordowano ok. 200 oraz aresztowano ok. 50 000 lokalnych działaczy i sympatyków PSL. Unieważniono dziesięć okręgowych list wyborczych PSL (na 52 okręgi wyborcze) obejmujące 76 kandydatów. Jednocześnie władze komunistyczne w tym czasie pozbawiły praw wyborczych ponad 400 000 osób. Na ok. 5500 komisji obwodowych PSL wprowadziło swoich mężów zaufania tylko do ok. 1300.


Przeprowadzone 19 stycznia 1947 wybory zostały sfałszowane praktycznie na każdym szczeblu komisji wyborczych. Władza ogłosiła wyniki wyborów podając, że na Blok Demokratyczny oddano 80,1% głosów, na PSL 10,3%, na Stronnictwo Pracy 4,7%, na PSL "Nowe Wyzwolenie" 3,5%, na bezpartyjnych 1,4%.


Na podstawie niezależnych danych z zaledwie stu obwodów, na PSL oddano 63 % głosów, a na listę Bloku Demokratycznego 27%. Z zachowanych materiałów wynika, że na ponad 120 000 wojskowych 10% oddało głos na PSL. Z danych NKWD przesłanych do Stalina wynika z kolei, że tzw. Blok Demokratyczny uzyskał ok. 50% głosów. 


wtorek, 10 stycznia 2017

Skarb z Zagórzyna

Ziemia kaliska bogata jest w wykopaliska. Jak to słusznie zauważył Mariusz Kurzajczyk jest to Ziemia skarbami słynąca. Nie jest to przypadek. Przez jej terytorium biegł m. in. szlak bursztynowy, z ważnym ośrodkiem handlowym Calisią. Odkrywano tu i wielokrotnie wydobywano skarby. Niestety większość z nich nie dochodziła do wiadomości archeologów.

Było to 90 lat temu. Jesienią 1926 r. lub wiosną 1927 r. - relacje są sprzeczne. W Zagórzynie pod Kaliszem właściciele pola wydobyli duże brązowe naczynie (kocioł). Według miejscowych plotek, zawierającym 6-8 kg złota i srebra. Znalazca nie przyznał się do niczego. Liczył na duże pieniądze za znalezisko. Chcąc uniknąć konserwatorów, archeologów i policji, czym prędzej spieniężyli skarb kolekcjonerom, pośrednikom i handlarzom. Między innymi w żydowskim lombardzie w Kaliszu. Właściciel lombardu też chciał na tym zarobić. Ale trzeba było to gdzieś sprzedać. Sprzedaż złota muzeum krajowemu (warszawskiemu czy poznańskiemu) była mało opłacalna. Dodatkowym kłopotem dla sprzedającego było wyjaśnienie w jaki sposób wszedł w posiadanie skarbu. 

Zagórzyn, naśladownictwo medalionu Walentyniana i Walensa 
(Staatliche Museen zu Berlin)
W związku z tym kaliski nabywca pojechał do znajomego złotnika z Nalewek w Warszawie aby spieniężyć część skarbu. Niestety złotnik po obejrzeniu skarbu w strachu przed konserwatorem i policją, zrezygnował z kupna. Kupiec wrócił do Kalisza i siekierą porąbał na kawałki jeden z medalionów. Ze złotym złomem wrócił na Nalewki. Tym razem złotnik nie miał skrupułów. Za 750 gramów złota zapłacił 5500 zł. 
Kupiec z Kalisza z pozostałym skarbem pojechał do Breslau (Wrocławia) i tam w Muzeum Starożytności Śląskich próbował sprzedać 20 srebrnych denarów, 6 złotych monet i złote uszko od porąbanego medalionu. Niestety kupcowi podwinęła się noga. Muzealnicy zwrócili uwagę na wielkość uszka. Takie rzeczy znajdowano bardzo rzadko. Kupiec wzięty w krzyżowy ogień pytań opowiedział całą historię. Nie podał tylko nazwiska ani właściciela pola z Zagórzyn, ani złotnika z Warszawy. 

Zagórzyn, sprzączka w stylu zwierzęcym
 (Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej)
Nie wiadomo też co się stało z reszta skarbu. Całej sytuacji winna była ignorancja handlarza kaliskiego, złotnika warszawskiego. Zapewne także przyczyniła się do tego wadliwa ustawa konserwatorska, która siała wszędzie postrach.
Archeolodzy przypuszczają, że skarb został ukryty w trakcie wędrówki ludów (V-VI wiek naszej ery). Stanowił zapewne dobra gromadzone przez wiele pokoleń przez plemienne elity. Zawierał 6 złotych medalionów, 3 tysiące srebrnych denarów (20 kg), rzymskie solidy oraz brakteaty germańskie. W 1998 r. archeologom udało się zlokalizować miejsce odkrycia skarbu. Odnaleziono kolejne denary i fragmenty kotła.
Znane zabytki ze skarbu trafiły do m.in. muzeów w Kaliszu (Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej),  Berlinie  i Nowym Jorku. 

zdjęcia ze strony www.mpov.uw.edu.pl

wtorek, 3 stycznia 2017

S/p Chodkiewicz

W swoich zbiorach znalazłem kilka zdjęć statku "Chodkiewicz". O tych zdjęciach niewiele mogę powiedzieć. Nie jest mi znane ani miejsce, ani data, ani okazja ich powstania. Publikuję jedno z nich.



Na statku widzimy znanych polityków: Bolesława Bieruta, Józefa Cyrankiewicza, naczelnego dowódcę Wojska Polskiego Michała Rolę-Żymierskiego, Aleksandra Zawadzkiego. Ciekawe, że wśród nich nie widzimy Władysława Gomułki. Może to jest wskazówka do datacji. 


O samym statku "Chodkiewiczu" niewiele wiem. Pojawia się on przy opisie sprowadzenia zwłok Juliusza Słowackiego do Polski. A konkretnie chwilowego postoju w Płocku.


Zwłoki Juliusza Słowackiego były przewożone Wisłą z Gdańska do Warszawy na statku "Mickiewicz". Statek zatrzymywał się w kilku miejscach nad Wisłą. Na jego spotkanie i dla eskorty 25 czerwca 1927 r. o godzinie 8.30 wypłynęły z Płocka w stronę Włocławka cztery statki. Dwa rządowe, "Chodkiewicz" i "Wyspiański" oraz dwa prywatnej żeglugi Chaima Rogozika, "Herold" i "Warszawa".  Około godziny 9.00 pięć statków zbliżyło się do Płocka. O godzinie 9.10 do przystani dopłynął jako pierwszy "Chodkiewicz", za nim dwa inne i wreszcie "Mickiewicz", piąty statek zamykał szyk. "Mickiewicz" po chwili przybił do przystani Płockiego Towarzystwa Wioślarskiego [1]. Prawdopodobnie widoczny dziób statku z prawej strony to "Chodkiewicz".



Zdjęcie "Chodkiewicza" w porcie płockim z ok. 1930 r. znalazłem także na stronie Lecha Borzyma [3]. 



Po wojnie Zarząd Oddziału Warszawskiego Yacht Klubu Polskiego starał się o miejsce na którym mógłby prowadzić swoją statutową działalność. W rezultacie na swoją siedzibę i port dostał teren na prawym brzegu Wisły przy Wale Miedzeszyńskim u wylotu ul. Wersalskiej (obecnie mieści się tu Ośrodek DGW). Przydzielonym terenem była wydma, pełna dołów i lejów po pociskach, na której widniały ruiny niedokończonego jeszcze przed wojną budynku. 30 września 1945 r. odbyła się tutaj pierwsze po wojnie uroczyste podniesienie bandery Yacht Klubu Polski. Na uroczystość przybył Komandor Honorowy YKP, przewodniczący Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, członkowie rządu, przedstawiciele wielu państw, prasy, radia, delegacje klubów sportowych, członkowie klubu i ich rodziny. Przydzielony przez wojsko namiot pełnił rolę lokalu klubowego. Natomiast na wypadek niepogody miejscem rezerwowym był statek „Chodkiewicz" użyczony przez Komisarza Żeglugi na Wiśle. Po uroczystym podniesieniu bandery miał miejsce chrzest pierwszej wyremontowanej własnymi siłami joli (mały jacht o dwu żaglach). Nadano jej imię - jakby było inaczej - „Bolesław" [2].

Na stronie Andrzeja "Api" Podgórskiego[4] znalazłem zdjęcie interesującego nas statku.


Zdjęcie przedstawia statek parowy Państwowego Zarządu Wodnego w Płocku, bocznokołowiec inspekcyjno-holowniczy „Chodkiewicz” z kominem pomalowanym na srebrno z czarną obwódką na wierzchołku, stanowiącym rozpoznawczy znak armatorski statku administracji wodnej. W głębi widoczny jest biały komin statku holowniczo-inspekcyjnego „Wyspiański”. Statki stoją w płockim porcie, zima z 1949 na 1950 r.


Prawdopodobnie s/p „Chodkiewicz” - bocznokołowy holownik - zbudowany został w 1892 r. w stoczni F. Schichau Elbing a złomowany w 1961 r. Wg niektórych znawców tematu to ex „Новая Александрия”.


Inne zdjęcia z mojej kolekcji na których widać "Chodkiewicza" można zobaczyć tutaj  http://dawniejnizdzis.blogspot.com/2017/01/sp-chodkiewicz-na-blogu-miniatury.html



[1] Barbara Konarska-Pabiniak, Echa jubileuszy Słowackiego w Płocku"Bibliotekarz Płocki" nr 2 z 1999 r., s.12-18; Król - Duch w drodze do krypty. Jak Płock Słowackiemu ostatni hołd składał..., Płock 2009.
[2]  www.pocztowki.plockie.pl
[3]  na podstawie zg.ykp.pl/club/history
[4]  www.zegluga.wroclaw.pl